Zaczytana Madusia: „Zdrajczyni Jane Boleyn” Philippa Gregory – recenzja
Trochę czasu upłynęło od ostatnich aktywności, a że w międzyczasie rozpoczął się rok 2026, to stanęłam przed niezwykle ważną decyzją – która książka idealnie się nada na pierwszą tegoroczną recenzję. I w sumie szybko padło na niezwykle długo wyczekiwaną premierę nowej powieści osadzonej w czasach Tudorów Philippy Gregory, które to zawsze czytam z prawdziwą przyjemności. Nie inaczej było tym razem, choć po prawie dziesięciu latach przerwy da się zauważyć pewną zmianę stylu. O niej i o wielu innych kwestiach przeczytacie w dalszej części. Zapraszam na recenzję!

Philippa Gregory jest dla mnie niekwestionowaną mistrzynią opowiadania o czasach Tudorów. Każda z jej książek to prawdziwe zanurzenie się w tamtym świecie, tak intrygującym, a jednocześnie tak boleśnie prostym, w którym rola kobiety w życiu publicznym ogranicza się wyłącznie do ozdoby, najlepiej otoczonej wianuszkiem potomków. W tym przynajmniej dwóch męskich, żeby w razie czego ciągłość rodu została zachowana. I właśnie to ostatnie zagadnienie staje się jednym z dominujących w jej najnowszej powieści.
„Zdrajczyni Jane Boleyn” skupia się na nieco zapomnianej postaci żony brata drugiej żony Henryka VIII, czyli Anny Boleyn. Dzięki jej perspektywie możemy spojrzeć na te wszystkie historyczne zawirowania z boku, zyskując szerszy ogląd sytuacji. Jane, dzięki swojemu statusowi poprzez korzystne małżeństwo, znajdowała się praktycznie najbliższej królowej Anny, aczkolwiek nie była jej powiernicą. Ta rola przypadła jej mężowi, a bratu Anny, o co młoda małżonka była zazdrosna. Zresztą, jak większość zawieranych wówczas małżeństw, związek Jane z George’em nie został zawarty z miłości, był bardziej relacją biznesową, przynoszącą obopólne korzyści. Mimo to, Jane bardzo kochała swojego męża, który jednak praktycznie jej nie zauważał. Blask królowej Anny porażał wszystkich dookoła. Przynajmniej do czasu.
Historia Jane jest niezwykle intrygująca, bowiem mimo spektakularnego upadku rodziny Boleynów, jej udało się zachować głowę, dzięki czemu dzielnie służyła na dworze kolejnych żon Henryka VIII. Dopiero skandal wywołany przez najmłodszą z żon (a piątą z kolei) Katarzynę Howard, pociągnął za sobą na dno także i ją. Co ciekawe, Katarzyna była spokrewniona z Anną Boleyn, więc można doszukiwać się w tym pewnego chichotu losu.
I chociaż Jane Boleyn nie należy do moich ulubionych postaci tamtego okresu, to trzeba jej przyznać, że potrafiła się ustawić, pomimo niesprzyjających okoliczności. Wówczas wiązało się to z oddaniem się protektorat jednego z mężczyzn – samodzielność kobiet w działaniu była praktycznie niemożliwa. Zawsze nad jej losem musiał czuwać ten silniejszy, czytaj mężczyzna. Jane w tym przypadku również miała szczęście, bowiem jej głównym zadaniem było zdawanie sprawozdań z tego, co usłyszała, obracając się w najwyższych kręgach. Jedynie poza trzecią żoną Henryka VIII, Jane Seymour, mającą mocne oparcie w rodzinie (chociaż bardziej przypominało to ściśle wyrachowane wpychanie jej w ramiona króla), to właśnie Jane Boleyn pełniła rolę najważniejszej damy dworu królowej, będąc dla niej powierniczką, oparciem i często najlepszą przyjaciółką. Tylko nie wolno zapomnieć, że w czasach Tudorów bezinteresowność nie leżała w żadnej naturze, większość relacji miała charakter ściśle transakcyjny, nawet wtedy, gdy druga strona nie do końca zdawała sobie z tego sprawę. Te czasy ładnie wyglądają na ekranach telewizorów, bowiem w rzeczywistości wcale tak pięknie nie bywało.
I chociaż główną bohaterką jest Jane, to Philippa Gregory wyjątkowo mocno skupiła się na ocenie, chociaż to słowo nie do końca oddaje to, co mam na myśli, rządów najsłynniejszego angielskiego króla. Myślę, że spokojnie w podtytule mógłby się pojawić dopisek „studium tyranii”, bowiem to ona staje się jedną z najważniejszych kwestii. I to właśnie dzięki Jane, oglądającej na własne oczy i mocno doświadczającej wszystkich wzlotów i upadków, związanych z kolejnymi małżeństwami Henryka, możemy prześledzić proces zmiany zachowania mężczyzny. A jest to proces powolnego wpadania w otchłań, spowodowaną chęcią przedłużenia dynastii (wszak tylko trzecia żona dała mu jedynego dziedzica i to jeszcze wyjątkowo kruchego zdrowia, a sama zmarła szybko po porodzie) jak również brakiem kogoś, kto byłby w stanie, mówiąc kolokwialnie, postawić się królowi. Ten zaś, hołubiony od dziecka jako złoty chłopczyk, najpiękniejszy i najmądrzejszy, zatracił zdolność do refleksji, zastanowienia się nad swoim postępowaniem, bo cokolwiek by nie zrobił, to byłoby dobrze. I im był starszy, tym bardziej się w tym utwierdzał, bowiem wszyscy dookoła tak przecież twierdzili. Ale gdy król dorósł, wraz z nim urosły też jego marzenia i pragnienia. I jego zachcianki stały się prawem, co przynosiło fatalne skutki praktycznie dla każdego. Autorka w posłowiu zauważa, że uwypukliła ten temat, bowiem podobne zachowania są dostrzegalne także i obecnie, co powinno być dla nas wskazówką, co potencjalnie może się wydarzyć, gdy wszyscy przytakują tyranowi. I zdecydowanie nie jest to nic dobrego.
„Zdrajczyni Jane Boleyn” to powieść naprawdę doskonała. Widać, że mimo upływu lat i długiego rozstania z czasami Tudorów, Philippa Gregory ciągle ma to coś, co sprawia, że jej powieści historyczne wciąga się z zapartym tchem i najlepiej w jeden wieczór, żeby w pełni zanurzyć się w tamtejszym klimacie. To książka, po którą zdecydowanie warto sięgnąć, nawet jeśli nie jest się wielkim miłośnikiem powieści historycznych. Polecam z całego serduszka! I mam nadzieję, że na kolejną powieść Philippy nie będziemy musieli czekać kolejnych długich lat.
/*współpraca barterowa z wydawnictwem Harper Collins / dziękuję za egzemplarz do recenzji.



