Zaczytana Madusia: „Dom bestii” Katarzyna Bonda – recenzja przedpremierowa
Historia prawdziwa, na kanwie prawdziwych wydarzeń bądź nimi inspirowana, wydarzyła się naprawdę, czy wreszcie cieszące się niesłabnącą popularności true crime – te wszystkie określenia przy opisie książki sprawiają, że sięgam po nią z większą uważnością. Najczęściej to one poruszają mnie najmocniej, szczególnie gdy zło (bo zawsze chodzi o jakieś jego oblicze) przekracza kolejne granice, w tym te najbardziej nieprzekraczalne, jak to się mi zdawało. I właśnie z takiej historii Katarzyna Bonda popełniła swoją najnowszą książkę „Dom bestii”. Zapraszam na recenzję!

„Miłość nie zazdrości, […] nie unosi się gniewem, nie pamięta złego” słowa Hymnu do miłości opiewają najczystsze uczucie, jakie może połączyć dwie osoby. O takiej miłości marzy praktycznie każdy z nas, aczkolwiek dobrze wiemy, że najczęściej kończą się one w tej właśnie sferze, bo prawdziwe życie wygląda inaczej. Niektórzy już na starcie mają mocno pod górkę i do tego grona zalicza się główny bohater najnowszej książki Katarzyny Bondy „Dom bestii”.
Życie nie rozpieszcza Norberta od samego dzieciństwa – śpiącego na materacu pod stołem, bo na szesnastu metrach mieszkania dzielonych na cztery osoby, ciężko znaleźć własny kąt. Jedynym wytchnieniem od smutnej codzienności stają się godziny spędzane na plebani czy na próbach kościelnego chóru, gdzie czuje się doceniany i potrzebny. Za te chwile normalności przychodzi mu jednak gorzko zapłacić, staje się bowiem ofiarą wykorzystywania przez tych, którzy także powinni go chronić.
Aż nagle w życiu chłopaka pojawia się ona – Marlena, będąca żoną Juliana, ale prowadzająca się między innymi z jednym z kleryków w parafii Norberta. Sytuacja jest jeszcze bardziej nieprawdopodobna niż to się wydaje na pierwszy rzut oka, bowiem Julian jest homoseksualistą, a co pozwala małżonkom na wyjątkowo swobodne życie seksualne. I to do tego stopnia, że… Norbert się do nich wprowadza w mocno niedookreślonej roli, sprowadzające się głównie do tego, że noce spędza w małżeńskiej sypialni. Strasznie to wszystko zagmatwane jest, ale tak w skrócie, to Marlena zachodzi w ciążę z Norbertem, a ten uznaje, że kobieta powinna należeć wyłącznie do niego. I zaczyna o to walczyć z całym światem. Dosłownie.
Historia Norberta to prawdziwe studium zła, w którym krok po kroku śledzimy przemianę chłopaka z wykorzystywanego dziecka po zimnokrwistego mordercę. Towarzyszenie mu w tej drodze jest wyjątkowo przerażające, nie brak w niej okrucieństwa i bezwzględności, których to nie możemy usprawiedliwiać nieszczęśliwym dzieciństwem. Traumatyczne wydarzenia, a tych zarówno świadkiem, jak i uczestnikiem był nasz bohater, same z siebie u nikogo nie przekładają się na całkowity brak empatii i zahamowań w dążeniu do celu, nawet jeśli tym celem jest idealny dom, którego wcześniej nam brakowało. Z psychologicznego punkty widzenia cała ta historia mocno siada na czytelniku, budzi nasz sprzeciw w trakcie czytania, nawet jeśli początkowo odczuwaliśmy jakąkolwiek sympatię do któregoś z bohaterów.
„Dom bestii” to lektura mocno obciążająca, wwiercająca się w głowę podczas czytania – budzi niepokój, niechęć, momentami wstręt i obrzydzenie, a na pewno sprzeciw. I chociaż nie jest łatwa ani przyjemna, to razem z Norbertem podążamy w stronę mroku, który nie przynosi rozwiązania. Myślę, że Katarzyna Bonda spokojnie mogłaby rozpocząć książkę słynnym cytatem z Dantego: „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie”, bo ciekawość nie pozwoliłaby nam się cofnąć nawet o krok – ta historia hipnotyzuje, wciąga i zadaje pytania, na które sami musimy znaleźć odpowiedź. Polecam każdemu wybrać się w tę podróż, bo łatwo nie będzie, to zdecydowanie warto!
Premiera w środę, 08.04.
/*współpraca barterowa z wydawnictwem Muza/ dziękuję za egzemplarz do recenzji.



