Książki

Zaczytana Madusia: „Kobiety” Kristin Hannah – recenzja przedpremierowa

Są tacy autorzy, którzy posługują się piórem tak pięknie, że stworzone przez nich historie czyta się z zapartym tchem. Do grona tych czarodziejów na pewno należy Kristin Hannah, a jej najnowsza powieść tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziła. „Kobiety” to książka kompletna i doskonała, już na wstępie mogę napisać, że nie znalazłam w niej absolutnie żadnych wad. Jestem całkowicie oczarowana i zachwycona, a tymi wszystkimi emocjami dzielę się z Wami w przedpremierowej recenzji. Koniecznie czytajcie dalej, a w międzyczasie pakujcie już do koszyka Wasz egzemplarz!

Do tej pory przeczytałam tylko jedną książkę autorstwa Hannah. Był to „Słowik”, który zniszczył mnie emocjonalnie i rozniósł moje małe serduszko w pył. Książka była świetna, czytałam z wypiekami na twarzy, nie mogłam się oderwać, nawet w momencie, gdy z powodu nieprzerwanie płynących łez, ledwo co widziałam litery na stronach. Tusz się rozmazywał, kapało mi z nosa – wszystko było nieważne, liczyło się tylko przetrwanie do ostatniej strony. I późniejsze poradzenie sobie z tą historią, dlatego też dałam sobie bana na Kristin, żeby przypadkiem nie przeżywać tego na nowo tego huraganu emocji, którym nie potrafiłam sobie do końca poradzić. Jednak dla jej nowego tytułu „Kobiety” zrobiłam wyjątek. I sama nie wiem dlaczego, po prostu miałam przeczucie, że nie mogę ominąć tej książki. Moja intuicja kolejny raz mnie nie zawiodła – „Kobiety” to arcydzieło. I mówię poważnie, z pełną odpowiedzialnością za to słowo.

O wojnie w Wietnamie wiemy stosunkowo niewiele, w szkole praktycznie nie poruszamy tego tematu, jednak w sercach Amerykanów ten okres ciągle stanowi bolesną ranę. Niewiele w literaturze mamy powieści osadzonych w tamtych czasach, które porażały (i dalej to czynią) swoim okrucieństwem i bezmyślnością. Ciężko jest napisać coś pięknego, gdy temat jest skrajnie trudny, ale Hannah poradziła sobie doskonale z tą wymagającą historią. Jej „Kobiety” są piękne.

Hannah perfekcyjnie sobie radzi z tworzeniem niepowtarzalnego klimatu, porusza się w wyjątkowo trudnej materii z gracją i delikatnością, pokazując, że piekło wojny nadal nim jest, ale przydarzają się w nim również dobre rzeczy. Można spotkać tu jedyną w swoim rodzaju miłość (chociaż w różnych natężeniach i odcieniach) i można również zaprzyjaźnić się na całe życie. Na tle tych wydarzeń razem z główną bohaterką Frances przeżywamy gwałtowny proces dojrzewania, gdy z rozpieszczonej kalifornijskiej dziewczynki u progu dorosłości wiedziona impulsem zaciąga się do wojska i jako wojenna pielęgniarka trafia w samo serce wietnamskiej puszczy. Szybko i boleśnie konfrontuje swoje umiejętności nabyte w Ameryce z brutalną bezwzględnością wojennych warunków, gdy trzeba działać szybko i można liczyć tylko na siebie. Na szczęście ten stan nie trwa długo, bowiem ekstremalne warunki sprzyjają nawiązywaniu niezwykle silnych więzi.

Książka jest podzielona na dwie części – pierwsza wojenna i druga, o tym co działo się później. Koniec wojny i powrót do domu wydaje się być spełnieniem marzeń, tylko jak wrócić do przerwanego życia, gdy wszystko w nas uległo przemianie. Czas powojenny okazuje się być tym zdecydowanie trudniejszym, radzenie sobie z rzeczywistością nie jest proste, zwłaszcza gdy nie otrzymuje się żadnego wsparcia. Osobiście dla mnie ta druga część książki była zdecydowanie cięższa w odbiorze. Osamotnienie, brak zrozumienia, brak wsparcia (szczególnie gdy dowiaduje się od rodziny, że wg ich oficjalnej wersji wyjechała na studia do Florencji), radzenie sobie (a raczej nieradzenie) z kłębiącymi się emocjami, ze strachem, z lękiem, z koszmarami – z tym właśnie musi się mierzyć Frances ze swoimi przyjaciółkami, które również nie mają łatwo. Te lata to także czas wielkich przemian w Stanach Zjednoczonych, gdy społeczeństwo staje się podzielone jak nigdy wcześniej, a nastroje społeczne szorują po dnie. Jest to czas radzenia sobie z traumą wojenną, z potężnymi stratami, które dotknęły całe pokolenie.

Czy można wrócić z piekła i udawać, że wszystko jest po staremu? Czy można zapomnieć te wszystkie okropieństwa i zbrodnie, których świadkami się było i po prostu żyć dalej? I jak radzić sobie w społeczeństwie, które w ogóle nie przyjmuje do wiadomości, że byłaś tam, gdzie byłaś i jesteś z tego dumna, że przetrwałaś, że pomogłaś, że ratowałaś życia? Wszystkie te niepewności przeżywamy razem z Frances i razem z nią cierpimy. Nie wiem na czym polega talent Kristin Hannah, że potrafi w kilku prostych, zwykłych przecież słowach, zawrzeć taki ocean emocji, jaki przeżywamy razem z bohaterkami jej najnowszej książki. Wiem jednak, że ta książka, ta historia to jest coś, co musicie poznać. Bo takie kobiety jak Frances żyły naprawdę, chociaż niewiele osób o tym wie. Bo przecież kobiet w Wietnamie nie było…

/*współpraca barterowa z wydawnictwem Świat książki/ dziękuję za egzemplarz do recenzji.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *