
Zaczytana Madusia: „Wołanie umarłych” Michał Zgajewski – recenzja
Nie tak miał ten marzec wyglądać, zdecydowanie inne miałam plany, ale cóż – życie szybko je zweryfikowało. Z powodu nagłej choroby Gustawa wszystkie inne tematy zeszły na drugi plan, stąd też wynikają moje dramatyczne opóźnienia w recenzowaniu. Szykowałam dużo przedpremierowych wpisów, ale nie wyszło, myśli zupełnie nie chciały się układać w sensowne zdania, więc po prostu dałam sobie spokój. Nic na siłę. Korzystając jednak z chwilowej poprawy, przychodzę z recenzją trzeciego tomu opowieści o detektywie Norbercie Krzyżu, którego to autor, Michał Zgajewski, musi wybitnie nie lubić, skoro w „Wołaniu umarłych” zafundował mu kolejną jazdę bez trzymanki! Zapraszam do czytania!

Norbert Krzyż, jako prywatny detektyw, nie ma lekkiego życia, o czym doskonale świadczą jego perypetie w pierwszych dwóch powieściach Michała Zgajewskiego. W trakcie ich lektur bardzo polubiłam charyzmatycznego, acz niego, moim zdaniem, gapowatego i łatwowiernego mężczyznę, stąd moja radość, że na początku „Wołania umarłych” prowadził znacznie spokojniejsze życie. Co prawda, wybór dodatkowego zajęcia mnie zaskoczył, ale idealnie wpisuje się w jego marzenie o spokojnej przyszłości, bez większych zawirowań. Udało mu się również nawiązać kontakt z malutką córeczką, której zdecydowanie bardziej przyda się ojciec żywy niż martwy. Sielanka jednak nie trwa wiecznie.
W zimowej scenerii Żywca, gdzie śnieg wyjątkowo mocno daje się we znaki, niespodziewane samobójstwo znanego w mieście przedsiębiorcy, uruchamia lawinę wydarzeń. I biedny Norbert zostaje wciągnięty w całą sprawę, kryjącą w sobie tak wiele tajemnic, że chwilami ciężko się połapać. Wraz z tą śmiercią powracają postacie znane z wcześniejszych części, co zmusza detektywa do działania, chociaż naprawdę bardzo tego nie chce. Nie bardzo jednak ma inne wyjście, aczkolwiek usilnie stara się je znaleźć, czym znów zaczyna igrać z własnym życiem. A miało już być tak pięknie.
W „Wołaniu umarłych” natykamy się na często panującą w małych społecznościach zmowę milczenia, gdzie wszyscy wszystko wiedzą, ale gdy trzeba dzielić się informacjami ze stróżami prawa czy innymi osobami potencjalnie mogącymi pomóc, to każdy milczy jak zaklęty. Ważniejsze od faktów stają się przesądy, a jednym z kluczowych informatorów stanie się medium, z którym Krzyż będzie prowadził interesujące konwersacje. Po raz kolejny okaże się, że diabeł tkwi w szczegółach, a największe tajemnice zawsze kryją się w rodzinie. To będzie naprawdę ciężka przeprawa.
I stąd właśnie wysnuwam wniosek, że Michał Zgajewski nie lubi stworzonego przez siebie bohatera, zsyłając na niego coraz to bardziej wymyślne intrygi, mocno odbijające się na jego zdrowiu i życiu. Serio, chwilami było mi żal jednego z moich ulubionych detektywów, że autor tak bardzo się nad nim znęca. Panie Michale tak nie można! Dajże żyć mu spokojnie! Taki apel stosuję przed czwartym tomem, do którego to, mam nadzieję, Norbert Krzyż spokojnie dożyje. A historię szczerze polecam, bo momentami dawałam się zaskoczyć, a śnieżne opisy beskidzkich okolic zawsze budzą we mnie dużo sentymentu.
/*współpraca barterowa z wydawnictwem Agora/ dziękuję za egzemplarz do recenzji.
