Zaczytana Madusia: „Parasolki. Powieść o losach polskich sufrażystek” Dominika Buczak – recenzja
Uwielbiam literaturę zaangażowaną, niosącą ze sobą jakieś przesłanie, szczególnie gdy dotyczy kobiet. Nie mogłam zatem przejść obojętnie wobec książki Dominiki Buczak, bowiem „Parasolki. Powieść o losach polskich sufrażystek” to lektura na pierwszy rzut oka napisana specjalnie pode mnie. I pewnie też dlatego miałam wobec niej naprawdę wygórowane oczekiwania, co czasem nie zawsze przekłada się na komfort czytania, szczególnie gdy treść nie zachwyca. A jak było w tym przypadku? Zapraszam na recenzję!

„Chcemy całego życia, chcemy żyć według scenariuszy, które napiszemy same, a nie pod cudze dyktando!” wykrzyczała już prawie sto dwadzieścia lat temu Zofia Nałkowska i ten postulat wydaje się być ciągle aktualny. I chociaż naprawdę sporo w życiu publicznym i codziennym się zmieniło, to pewne nierówności między kobietami a mężczyznami trwają niezmiennie.
To nie ten czas, nieodpowiedni moment, są ważniejsze sprawy, wrócimy do tego, gdy będzie nieco spokojniej – każda z tych wymówek na początku wieku dwudziestego miała pokrycie w rzeczywistości. Wtedy najważniejsza do odzyskania była suwerenność i niepodległość, scalenie w jedno rozbitego w trakcie zaborów państwa, które różnymi drogami walczyło o swoje. Tylko kiedy miałby być odpowiedni moment, by kobiety upomniały się o prawa przysługujące mężczyznom?
W dwudziestowiecznej Warszawie w niecodzienny sposób splatają się losy trzech niezwykłych kobiet. Spokojny żywot Ireny, samotnej damy mieszkającej w pałacu Treppera, zakłóca pojawienie się Stasi – córki jej zmarłej kuzynki, która ostatnie dwa lata spędziła w zakopiańskiej szkole dla kobiet ucząc się jak być idealną żoną, matką i gospodynią. A żeby tego było mało, to na dworcu są świadkami niecodziennej sceny, której konsekwencją jest znajomość z Wandą, młodą niepokorną kobietę, zaangażowaną w ruch niepodległościowy, działający wówczas mocno partyzancko. Każda z nich reprezentuje zupełnie inny świat, ale będą zmuszone działać razem, choć ich wspólna droga będzie niezwykle długa i wyboista.
„Parasolki” początkowo mogą sprawiać nieco chaotyczne wrażenie, ale wystarczy zaledwie kilkanaście stron, żeby dać się porwać wartkiej akcji. Każda z głównych bohaterek przyciąga swoją osobowością, a śledzenie ich rozwoju na przestrzeni lat jest niezwykle ciekawym doświadczeniem. Ich motywacje i pragnienia ewoluują, a nie zawsze to, o czym marzyły, okazuje się być prawdziwym spełnieniem. I chociaż najważniejszym celem jest odzyskanie niepodległości kraju (aczkolwiek w nią są zaangażowane jedynie pośrednio) i uzyskanie praw wyborczych dla kobiet, to każda z nich będzie musiała stoczyć własną walkę o wolność, rozumianą głównie jako możliwość samodzielnego podejmowania decyzji czy też po prostu sprawczość.
Osobiście zawsze uważałam pozytywistyczną pracę u podstaw za totalne nudziarstwo, bo gdzie jej do wzniosłego romantyzmu, to właśnie ona odgrywa wyjątkowo ważną rolę w rozumieniu praw i spraw podstawowych. Ciężko wymagać od zarobionych pracownic fabrycznych, które nie są w stanie zadbać o siebie i własne dzieci, by poświęcały swój cenny czas na myślenie o prawach wyborczych – dla nich to przecież abstrakcja. Taką właśnie pozytywistyczną duszą stanie się Stasia, odnajdująca własną tożsamość w trakcie pomagania innym. Myślę, że to ona przeszła największą zmianę – z zahukanej dziewuszki na rzutką samodzielną kobietę, która nie boi się rozstawiać innych po kątach. Mnie osobiście najbardziej jednak przypadła do gustu Irena, porzucająca bezpieczny kokon samotnej starszej damy, której nie czeka już nic więcej w życiu. To ona stanie się największą beneficjentką wychodzenia kobiet z cienia, skrywającego ich los przez tak wiele wieków.
W książce pojawia się również sporo prawdziwych postaci, znanych z kart historii, w tym Maria Dulębianka i jej wyborcze wystąpienia we Lwowie. Do moich ulubienic zdecydowanie mogę jednak zaliczyć Olę Szczerbińską, ukochaną Józefa Piłsudskiego, która urzeka swoją młodzieńczą brawurą.
Jednak „Parasolki” to nie tylko opowieść o sufrażystkach, co sugeruje sam tytuł – to zdecydowanie coś więcej. Autorka z rozmachem odmalowuje niezwykle barwne dwie pierwsze dekady zeszłego wieku, w tym Warszawę i Lwów, ale także i wiejskie czy nawet wojenne klimaty. Ba! – nawet zahaczamy o wątki zagraniczne, otrzymując relacje z Wielkiej Brytanii, gdzie sufrażystki mocno dawały się we znaki rządzącym. Chwilami można mieć wrażenie, że tych wątków jest zbyt dużo, ale wszystko doskonale do siebie pasuje i po prostu działa.
„Parasolki” to powieść, która musiała powstać. I powtarzając za Dominiką Buczak jej ostatnie słowa w podziękowaniach: „Nie zamykajmy laptopów. Nie wychodźmy z archiwów. Nie składajmy parasolek”, żeby żadna z nas, kobiet, nigdy nie musiała iść sama. Polecam, to po prostu trzeba przeczytać!
/*współpraca barterowa z wydawnictwem Literackim/ dziękuję za egzemplarz do recenzji.



