Zaczytana Madusia: „Kat Gaudiego” Aro Sáinz de la Maza – recenzja
Im więcej czytam książek o Barcelonie, tym bardziej chcę się tam w końcu wybrać. W zeszłym roku ta sztuka mi się nie udała, ale mam cichą nadzieję, że w tym się uda. Jednym z powodów wizyty jest na pewno zobaczenie na własne oczy niezwykłych dzieł Gaudiego, który nieodłącznie kojarzy mi się ze stolicą Katalonii. A pierwsza książka z cyklu Morderstwa w Barcelonie – „Kat Gaudiego” Aro Sáinza de la Mazy – tylko mnie w tym zamiarze utwierdziła! Zapraszam na jej recenzję!

Uwielbiam odkrywać nowych autorów, a szczególnie hiszpańskich. I chociaż najczęściej urzekały mnie mroczne historie z północy kraju (gdzie sam Kraj Basków czy Galicja to idealne tła dla mrożących krew w żyłach opowieści), to muszę przyznać, że i stolica Katalonii sprawdziła się w roli zarazem tła, jak i pełnoprawnego bohatera w kryminale autorstwa Aro Sáinza de la Mazy. A wydawać by się mogło, że to słoneczne i beztroskie na pierwszy rzut oka miasto zupełnie się nie nadaje. Nic bardziej mylnego!
Casa Milà to jeden z najbardziej charakterystycznych budynków w Barcelonie, do którego ciągną tłumy turystów, by podziwiać niezwykłą falistą fasadę. To właśnie na niej zawisa płonące ciało mężczyzny, dające początek brutalnej serii morderstw. I to tak doskonale zaplanowanych, że wydaje się, iż wykrycie sprawcy jest całkowicie niemożliwe. Brak śladów utrudnia jakiekolwiek działania, a zabójca wydaje się bawić doskonale, upubliczniając nagrania z ostatnich chwil życia swoich ofiar. Na miasto pada blady strach.
Barcelona to nie tylko miejsce znane z kolorowych widokówek, to również żyjący i podlegający ciągłym przemianom organizm, w którym piękno architektury mocno kontrastuje z jego ciemnymi stronami. Turyści są tutaj traktowani jak zło konieczne, bowiem to dzięki nim miasto kwitnie, będąc jednocześnie przez nich zadeptywanym – dla zwykłych mieszkańców powoli przestaje być miejscem do życia, stając się piękną wydmuszką.
Głównym bohaterem (poza samą Barceloną oczywiście) jest inspektor Milo Malart, borykający się z własną przeszłością, który razem z niezwykle bystrą i empatyczną proflerką Rebeką Mercader tworzy wyjątkowo dynamiczny duet. Ich wzajemne relacje nie nudzą ani też nie dominują całkowicie fabuły, co często się zdarza w parach damsko-męskich, spychając na drugi plan wątek zbrodni. W „Kacie Gaudiego” wszystko jest doskonale wyważone, tworząc razem naprawdę wciągający kryminał.
Tę historię czyta się jednym tchem, pomimo jej całkiem sporej objętości, liczącej sobie ponad sześćset stron. Odkrywanie kolejnych zagadek pozostawionych przez mordercę, jego zabawa z organami ścigania to wszystko sprawia, że wsiąkamy w opowieść aż po same uszy. I chociaż książka momentami bywa brutalna (wszak nasz złoczyńca nie bawi się w półśrodki, kierując się zasadą „jak szaleń, to szaleć na całego” – tak, sama ją wymyśliłam przed chwilą), to służy to jedynie uwypukleniu kontrastu między szeroko pojętym dobrem i złem.
„Kat Gaudiego” jest otwarciem cyklu Morderstwa w Barcelonie i jeśli kolejne powieści utrzymają tak wysoki poziom jak pierwsza książka, to szykuje się coś naprawdę niepowtarzalnego. Kat ma w sobie wszystko, czego wymagam od kryminałów – pokręconych bohaterów dźwigających własny mrok, skrupulatnie zaplanowane zbrodnie, mroczny klimat i to pomimo rażącego katalońskiego słońca, a przede wszystkim zgrabne połączenie tego wszystkiego w jedną wciągającą całość. Zdecydowanie warto po nią sięgnąć!
A na koniec pragnę podziękować wydawnictwo SQN za zaproszenie do akcji czytania książki w ciemno – bowiem otrzymałam Kata w białej okładce z gwiazdkami na okładce, podpowiadającymi ilość słów w tytule, nie wiedząc kto go napisał. I chociaż obstawiałam, że tytuł będzie brzmiał „Mit Gaudiego”, to i tak byłam z siebie dumna, że tak go rozszyfrowałam. A nie znając ani autora ani tytułu przyznam się, że czytało mi się ją naprawdę doskonale, bo nie wiedząc co mnie czeka, byłam gotowa na wszystko. I nie zawiodłam się!
/*współpraca barterowa z wydawnictwem SQN / dziękuję za egzemplarz do recenzji.




