Zaczytana Madusia: „Zwierzę ofiarne” Henrik Fexeus – recenzja przedpremierowa
Skandynawskie kryminały mają swój niezaprzeczalny urok, pomimo charakterystycznej szorstkości i oszczędności w słowach. Ten północny chłód doskonale się sprawdza jako tło dla najbardziej brutalnych zbrodni, wciągając już od pierwszych stron. Znany jako współautor świetnie przyjętej serii z Camillą Läckberg Henrik Fexeus wybił się na niepodległość, czego koronnym dowodem jest „Zwierzę ofiarne”. Zapraszam na jej recenzję – premiera już w najbliższą środę.

Jedna wiadomość potrafi niespodziewanie uruchomić lawinę wydarzeń, której ogromu konsekwencji nikt nie może przewidzieć. A na pewno nie David Lund, kiedy po namiętnym wieczorze z piękną prawniczką odczytuje w środku nocy maila od nieznanej mu kobiety. I to nie byle jakiego, bowiem autorka twierdzi, że koniecznie muszą się spotkać i porozmawiać o sekretach jego dzieciństwa, o których David nie ma pojęcia. Nie byłoby w tym nawet nic zaskakującego, gdyby nie fakt, że mężczyzna w ogóle nie pamięta pierwszych dwunastu lat swojego życia. Zamiast jakichkolwiek wspomnień ma po prostu czarną dziurę, pochłaniającą absolutnie wszystko. I właśnie dlatego wiadomość wydaje mu się tak kusząca, że po kilku chwilach wahania i dyskusji samego z sobą, postanawia odpisać, że jest zainteresowany rozmową i skontaktuje się z nią telefonicznie.
Oczywiście to nie mogłoby być tak proste, więc sprawa szybko się komplikuje, kiedy kobieta znika bez śladu, a David staje się głównym podejrzanym. A to dopiero początek, tempo akcji z każdym kolejnym rozdziałem nabiera rozpędu, przypominając kulę śnieżną wypuszczoną przez dziecko w trakcie zabawy. Jednak nikomu tu nie jest do śmiechu, szczególnie że tajemnice sprzed lat są nimi nie bez powodu, a wyjście ich na jaw niekoniecznie jest dobrym rozwiązaniem. Mimo to David z pomocą pięknej Florence daje się wciągnąć w śmiertelną grę o życie – zabrzmiało to poważnie i pompatycznie, ale tak właśnie jest. Nie ma tu miejsca na półśrodki, co mocno przekłada się na odbiór tej historii – bezkompromisowy i brutalny. I w sumie nie ma większego znaczenia z punktu widzenia którego z bohaterów poznajemy kolejne wydarzenia (bo obecnie narracja kilkuosobowa i w kilku liniach czasowych to już totalny must have), bo każde z nich kryje w sobie mnóstwo mroku.
„Zwierzę ofiarne” to brutalny kryminał, czerpiący z najlepszych wzorów skandynawskiej literatury, aczkolwiek autor nie ustrzegł się błędów. Historia momentami jest nierówna, niektóre wątki wydają się mocno niezrozumiałe, szczególnie że nie na wszystkie otrzymujmy odpowiedzi – Fexeus podkreśla, że jest to pierwsze, ale nie ostatnie spotkanie z bohaterami. Przekłada się to na fakt, że po zakończeniu lektury nie do końca wiemy, co tak naprawdę się wydarzyło i dlaczego. Z jednej strony to na pewno ciekawy zabieg, ale przez to mam wrażenie, że te ponad pięćset stron było zaledwie wprowadzeniem i zarysowaniem całej intrygi. Trochę inne miałam oczekiwania, stąd też ta historia trochę mnie rozczarowała.
Muszę jednak zauważyć, że Fexeus ma talent do rozpisywania naprawdę interesujących bohaterów, a szczególnie bohaterek. Florence to prawdziwa fajterka, która nie traci głowy w najbardziej zaskakujących sytuacjach, a jednocześnie da się lubić. Moim ulubieńcem jednak stał się czworonożny towarzysz życia głównego bohatera buldog Kreskin, kradnący każdą scenę ze swoim udziałem. To taki promyczek radości wśród bezkresnego oceanu zła i niegodziwości, którymi przepełniona jest ta książka. A nie, przepraszam, jest jeszcze zaskakujący wątek niespodziewanej miłości, budzący niezwykle ciepłe uczucia.
„Zwierzę ofiarne” to całkiem zgrabny kryminał, będący intrygującym wprowadzeniem do dłuższej serii, przez co w roli samodzielnej historii sprawdza się ciut gorzej, nie dając satysfakcjonujących odpowiedzi na najważniejsze pytania rodzące się w trakcie lektury. Pomimo tego mankamentu, spędziłam z książką jedno popołudnie, czytając ją od początku do samego końca, robiąc wyłącznie przerwy na zaparzenie świeżej herbatki. A jeśli jakaś książka tak mocno mnie wciąga, to już samo w sobie jest najlepszą rekomendacją.
Premiera w najbliższą środę 28.01.
/*współpraca barterowa z wydawnictwem Czarna Owca/ dziękuję za egzemplarz do recenzji.



