Zaczytana Madusia: „Pragniemy zawiadomić, że jutro zostaniemy zabici wraz z rodzinami” Philip Gourevitch – recenzja przedpremierowa
Cztery lata temu obudziliśmy się w nowej rzeczywistości, gdy cały świat obiegły informacje o pełnoskalowej agresji za naszą wschodnią granicą. Pierwszy raz za mojego życia mogłam oglądać wojnę z bliska, budząc się z przerażeniem w nocy, żeby szybko sprawdzić, czy Kijów jeszcze się trzyma. Konflikt mający się zakończyć w trzy dni dalej trwa, nie pozwalając o sobie zapomnieć, bo przecież tam ciągle giną ludzie. I nieprzypadkowo to właśnie dziś chciałam przedstawić reportaż „Pragniemy zawiadomić, że jutro zostaniemy zabici wraz z rodzinami”, traktujący o wyjątkowo mrocznych wydarzeniach, mających miejsce trzydzieści dwa lata temu w Rwandzie. O tej historii też nie powinno się milczeć!

Recenzowanie książek nie zawsze jest prostym i przyjemnym zajęciem. Bywają takie lektury, po których zakończeniu zapada cisza, słowa kłębią się w głowie, powodując jedynie irytujący szum, bez żadnego konkretnego przekazu. Jak bowiem można opisać swoje wrażenia po przeczytaniu reportażu noszącego tytuł: „Pragniemy zawiadomić, że jutro zostaniemy zabici wraz z rodzinami” będący wyimkiem z listu jednego z bohaterów książki? Od kilku dni siedzę i zastanawiam się i trawię te wszystkie bolesne fragmenty, ale ciągle nie jestem w stanie znaleźć odpowiednich słów…
Niedowierzanie.
Szok.
Bezsilność.
A przecież ten dramat wydarzył się wcale nie tak dawno temu, raptem trzydzieści dwa lata miną w kwietniu tego roku. I do dzisiaj jest uznawany za jedną z największych porażek Organizacji Narodów Zjednoczonych, która bała się przedwczesnej i nieuzasadnionej reakcji, szczególnie na tle wcześniejszej wyjątkowo nieudanej operacji w Mogadiszu.
W trakcie wiosennych dni roku 1994, począwszy od kwietnia, gdy 6. zginął w katastrofie lotniczej prezydent Rwandy, kraj dosłownie spłynął krwią. I chociaż nie znaleziono winnych tego wypadku, rządzący Hutu od razu uznali, że odpowiedzialność ponoszą, będący w mniejszości, Tutsi, co dało jasny sygnał do rozpoczęcia rzezi. Inaczej nie da się określić tego, co wówczas nastąpiło – to było metodyczne wykańczanie ludzi, dom po domu, rodzina po rodzinie. Sporym ułatwieniem był fakt, że Rwandyjczycy w dowodach osobistych mieli wpisaną przynależność etniczną, chociaż pod nóż (a częściej maczetę) szli także i ci, którzy zbyt mocno wydawali się sprzyjać uciskanej mniejszości. Szał mordowania ogarnął prawie cały kraj i obecnie szacuje się, że w trakcie tych stu dni zginąć mógł nawet milion osób.
Philip Gourevitch odwiedził Rwandę nieco ponad rok później, gdy zeszłoroczne wydarzenia były wciąż niepokojąco namacalne, a ich ślady widoczne niemalże na każdym kroku. I właśnie w swoim reportażu dzieli się z czytelnikiem własnymi przeżyciami, opowiada to, co sam zobaczył, a największą wartością są zdecydowanie rozmowy z osobami, którym udało się przeżyć. To ich relacje potrafią przyprawić o piekące łzy, rodzące się z poczucia niesprawiedliwości, której absolutnie nikt nie zawinił, bo chociaż konflikt między tymi dwoma grupami etnicznymi był podsycany od dawna, tak gwałtowny wybuch był jednak sporym zaskoczeniem. I ta łatwość w zabijaniu i niemalże brak sprzeciwu, gdy świat postanowił odwrócić się od Rwandy, twierdząc, że jest to wyłącznie ich konflikt wewnętrzny.
Kiedy jednak Huti zaczynali być wypierani przez Rwandyjski Front Patriotyczny i uciekali do krajów ościennych, często lądując w obozach dla uchodźców, to właśnie tam zostało skierowane wsparcie płynące ze świata. I nagle oprawcy stali się ofiarami, którzy zasługują na współczucie i dobre traktowanie. Tak, wiem, doskonale zdaję sobie sprawę, że nic nie jest czarno-białe, ale czytając ten reportaż zgadzałam się z autorem, że po ludobójstwie drugiej wojny światowej, wszystkie wzniosłe słowa, żeby więcej nie dopuścić do takich wydarzeń, okazały się pięknie brzmiącym pustosłowiem.
„Pragniemy zawiadomić, że jutro zostaniemy zabici wraz z rodzinami” to reportaż z gatunku tych, które należy przeczytać. Sam tytuł pochodzi z jednego z listów wysłanych z prośbą o pomoc, porażający swoją prostotą i bolesną jednoznacznością. Dzień dobry, tak, jutro nas zabiją, jak nam nie pomożecie, przepraszamy, że przeszkadzamy, ale fajnie byłoby, gdyby ktoś coś zrobił – dokładnie tak to widzę. I to ciągle budzi mój sprzeciw.
Jako najważniejsze przesłanie wynoszę zdanie: „potępienie zła to wciąż nie to samo co czynienie dobra” – boleśnie aktualne również i dzisiaj. Może kojarzycie film „Hotel Rwanda” z 2004 roku, opowiadający właśnie o takim jednym promyku nadziei, gdy kierownik tytułowego przybytku ratował uchodźców, zapewniając im schronienie. Dzięki determinacji jednego człowieka udało się ocalić ponad tysiąc osób, mimo podpisanych na nich wyroków śmierci tylko z tego powodu, że urodzili się Tutsi, a nie Hutu.
„Potępienie zła to wciąż nie to samo co czynienie dobra” – pamiętajmy o tym każdego dnia.
Reportaż uważam za jedną z lektur, którą każdy powinien przeczytać przynajmniej raz w życiu.
Premiera jutro, 25.02., a co ciekawe – sama książka powstała w roku 1998, a ciągle jest boleśnie aktualna.
/*współpraca barterowa z wydawnictwem Filia Literacka/ dziękuję za egzemplarz do recenzji.



