Zaczytana Madusia: „Oszast” Grzegorz Mirosław – recenzja premierowa
Dzisiaj jest ta środa, w trakcie której swoją premierę ma tyle fantastycznych książek, że można ich od nadmiaru dostać zawrotów głowy. O dwóch już wcześniej napisałam, a teraz nadszedł czas na tytuł rozpoczynający serię mrocznych thrillerów osadzonych w Beskidzie Żywieckim, czyli w dobrze znanych mi okolicach. „Oszast” Grzegorza Mirosława już na etapie promocji przez wydawnictwo mocno się wyróżniał, bo książka została zapakowana w karton z ziemią i czarnymi rękawiczkami służącymi do jej wydobycia. Czy było warto szaleć tak z marketingiem? Zapraszam na recenzję!

Cieszę się, że coraz więcej polskich autorów sięga po góry inne niż Tatry czy Karkonosze jako tło powieści, szczególnie te pierwsze są już wyjątkowo mocno wyeksploatowane. A przecież te niższe pasma nie ustępują im urokiem, a mrocznymi legendami mogą je nawet przewyższać, dlatego też im więcej lokalnego folkloru autorzy przemycają do swoich książek, tym lepiej. I tak czyni też Grzegorz Mirosław w swoim tajemniczo brzmiącym „Oszaście”.
Oszast istnieje naprawdę, to najbardziej odludny obszar Beskidu Żywieckiego, stanowiący fragment pierwotnej Puszczy Karpackiej. Szlaki tutaj praktycznie nie istnieją, zasięg pojawia się i znika, a promienie słońca gubią się w koronach drzew, stąd też panujący tam praktycznie bez przerwy półmrok, nadający tej okolicy jeszcze bardziej przerażającego anturażu. I właśnie na drodze biegnącej wśród beskidzkich lasów zostaje odnaleziony Jan Stelmach, zakrwawiony mężczyzna mamroczący bez przerwy o żonie i dziecku, po których nie ma żadnego śladu. Odnalezienie jego samochodu tym bardziej przeczy jego wersji, a właściwie to doprowadza to tego, że to właśnie on staje się głównym podejrzanym brutalnego zabójstwa. Nic tu do siebie nie pasuje, a panujący wokół mroczny klimat sprawia, że mamy wrażenie zaciskającego się niebezpiecznie kręgu, w którym Stelmach znalazł się przypadkiem.
Podoba mi się, że tym razem bohaterką książki została najzwyczajniejsza policjantka, pełniąca rolę dzielnicowej w pobliskich wioskach, aspirant sztabowa Anna Kocoń. To miła odskocznia od tych wszystkich komisarzy czy prokuratorów, chociaż z nimi też się stykamy w tej opowieści. Nikłe doświadczenie aspirantka nadrabia znajomością okolicy i miejscowych legend, które też odgrywają znaczną rolę w całej historii. Teraźniejszość przeplata się tu ze wspomnieniami z czasów wielkiego galicyjskiego głodu z połowy dziewiętnastego wieku, które swoją bezwzględnością i okrucieństwem odcisnęły mocny ślad na okolicy. I mimo upływu lat, pewnie rzeczy nie uległy zmianie. To naprawdę mroczna historia, w której splatają się ze sobą zaskakujące wątki, tworząc zaskakującą i mocno wciągającą całość. Ciężko się oderwać od tej historii, mimo poczucia wszechogarniającego mroku, który napiera na czytelnika w trakcie lektury.
„Oszast” spełnił pokładane w nim oczekiwania, a wyjątkowo pomysłowa promocja wydawnictwa okazała się strzałem w dziesiątkę. Często zdarza się, że głośno robi się wokół historii, która w ogóle nie zasługuje na taki rozgłos, ale zdecydowanie „Oszast” do tego grona nie należy. Jest to thriller mocny, bezkompromisowy i przerażający. Odnalezienie zakrwawionego Jana Stelmacha na środku leśnej drogi jest tylko początkiem historii, której końca absolutnie nikt się nie spodziewa. I bardzo dobrze, dzięki temu książka trzyma w napięciu aż do ostatniej strony. Czekam na więcej historii z Beskidu Żywieckiego, bowiem „Oszast” okazał się być doskonałym początkiem czegoś naprawdę ciekawego. Polecam, premiera dziś!
/*współpraca barterowa z wydawnictwem Znak Jednym Słowem/ dziękuję za egzemplarz do recenzji.



