Zaczytana Madusia: „Reguły zdrady” Jakub Ritter, Piotr Sieńko – recenzja
Dla wielu osób na pewno jest to zaskakujące, ale od dziecka interesowałam się polityką, a w ramach relaksu oglądałam obrady Sejmu, chociaż to pewnie dlatego, że mało co wtedy w telewizji leciało. Z biegiem lat niewiele się zmieniło i obecnie praktycznie każdą transmisję z Sejmu oglądam, a telewizję mam ustawioną na kanał informacyjny, który leci u nas w domu prawie cały czas. Stąd też nie mogę przejść obojętnie wobec książek mocno osadzonych w politycznych realiach i dlatego sięgnęłam po „Reguły zdrady”, będący thrillerem polityczno-szpiegowskim. Jak poszło to spotkanie – zapraszam na recenzję!

Mam tylko jeden problem z powieściami szpiegowskimi – mnogość bohaterów, szczególnie w przypadku, gdy jeszcze każdy z nich nosi różne pseudonimy i weź tu wszystko zapamiętaj na przestrzeni kilkudziesięciu stron. I dokładnie tak rozpoczęło się moje czytanie „Reguł zdrady”, kiedy to pogubiłam się doszczętnie, bo następowały tu dodatkowo przeskoki czasowe i miejscowe. W pewnym momencie rozważałam nawet stworzenie jakiejś mapy połączeń między bohaterami i ustalenie, kto jest kim, z uwzględnieniem strony, po której stoją. A że szpiegów tu dostatek – pojedynczych, podwójnych czy potrójnych. Zwariować można!
Ale! Po przebrnięciu przez te kilkadziesiąt pierwszych stron, nagle wszystko zaskoczyło i akcja wartko ruszyła do przodu, a ja powoli zaczynałam się w niej orientować. Autorzy z rozmachem stworzyli pełną napięcia opowieść, rozciągającą się na kilka kontynentów, zabierając czytelnika między innymi do Rosji, Polski, Azerbejdżanu czy Estonii. I chociaż to wszystko fikcja literacka, to niektóre wydarzenia miały miejsce naprawdę, a inne są na tyle realistyczne, że można momentami wierzyć, że coś tu jest na rzeczy. Mam jednak nadzieję, że to wyłącznie fantazja autorów, bo wolałabym, żeby takie wydarzenia nigdy nie miały miejsca.
„Reguły zdrady” to kawał naprawdę dobrej powieści szpiegowskiej, aczkolwiek trzeba mieć cierpliwość, żeby połączyć wszystkie kropki i zrozumieć, kto jest kim i dlatego, a kto działa przeciw komu i z jakiego powodu. Autorzy pokazują, że w wywiadzie nie ma miękkiej gry, a wszelkie technologie mogą stać się bronią, chociaż nic nigdy nie zastąpi zwykłej ludzkiej intuicji. Z drugiej strony ciężko jest żyć z wiedzą, że najpoważniejsze decyzje trzeba czasem podejmować w ułamkach sekund i że od nich mogą zależeć losy wielu osób. To wszystko pokazuje, że bycie szpiegiem to niełatwa robota i osobiście wiem, że sama bym się do niej nie nadawała. Najważniejszą cechą jest tu bowiem cierpliwość, niektóre sprawy potrafią się ciągnąć latami, gdy kompletnie nic się nie dzieje, a później nagle wszystko wybucha i trzeba działać błyskawicznie, nie wiedząc nawet, czy ma się jakiekolwiek wsparcie. Straszne to.
Jeśli lubicie powieści szpiegowskie, to zdecydowanie polecam „Reguły zdrady” – jest tu o wiele mniej polityki niż się spodziewałam, akcja skupia się mocniej na śledztwie w sprawie tajemniczej sieci agentów. Trudno jest ocenić, czy odpowiada realiom ich pracy, bo skoro są tajni, to raczej nie zdradzają jej szczegółów, ale wszystko brzmi bardzo prawdopodobnie. I za ten realizm też duże brawa, dzięki niemu czytało się książkę całkiem zgrabnie. Mimo początkowych trudności z rozpoznaniem who is who, dobrze się przy niej bawiłam, aczkolwiek miałam nadzieję na zupełnie inne zakończenie. Ale cóż – nie zawsze mamy to, czego chcemy.
/*współpraca barterowa z wydawnictwem Czarna Owca/ dziękuję za egzemplarz do recenzji.



