Podróże

Jak dobrze nam zdobywać góry: listopadowy Turbacz.

       Przyznam się szczerze, że nigdy nie spodziewałam się, że w połowie listopada pójdę w góry. Już w październiku, kiedy wybraliśmy się w Tatry, byłam pewna, że to ostatni raz w tym roku. Pogoda jednak zrobiła nam piękny prezent i ten listopadowy długi weekend był naprawdę prześliczny. Aż żal było siedzieć w domu, dlatego wczoraj zapakowaliśmy plecaki do samochodu i ruszyliśmy w kierunku Koninek, gdzie zaplanowaliśmy początek naszej wędrówki na Turbacz.

        Trochę nam pobudka nie wyszła i w Koninkach pojawiliśmy się dopiero o godzinie jedenastej, ale czas nas nie gonił, bo całość trasy zaplanowana była na jakieś pięć godzin. Ubraliśmy się cieplutko, grube skarpety, kurtki (bo po ostatnich doświadczeniach lepiej mieć na sobie za dużo niż za mało), ale na szczęście pogoda cały czas dopisywała i po kilkunastu minutach marszu zostaliśmy w samych bluzach.

       Droga przed nami była prosta, cały czas do góry niebieskim szlakiem. Wspinaczkę umilały nam niesamowite widoki. Nigdy wcześniej nie byłam o tej porze roku w górach, więc zachwycało mnie wszystko- mnogość barw, przejrzystość powietrza (bo w Krakowie ciągły smog) i przepiękna okolica. Na Turbaczu też nie zdarzyło mi się być do tej pory, toteż wszystko było nowe i ciekawe.  😉 Początek niebieskiego szlaku to głównie ciągłe wchodzenie pod górę, często specjalnie przygotowanymi schodami i podestami, na których zalegało mnóstwo liści. Trochę się obawiałam, że będziemy się na nich bardzo ślizgać, na szczęście jakoś dawało się utrzymać równowagę i obyło się bez bęc. 😉

       Przez większość czasu droga wiodła lasem, więc widoków na okolicę za bardzo nie było. Na szczęście, później trasa wiedzie przez kilka polan, z których roztacza się naprawdę piękna panorama. Co kilka, kilkanaście minut spotykaliśmy na trasie innych miłośników gór, z którymi witaliśmy się radosnym \”cześć\” bądź \”dzień dobry\”, bo to taki miły zwyczaj, który warto kultywować. 🙂

       Największe wrażenie zrobiła jednak na mnie Hala Turbacz, na której znajduje się Szałasowy Ołtarz, ustawiony tam na pamiątkę mszy świętej odprawionej tutaj przez ks. Karola Wojtyłę w roku 1953 podczas górskiej wędrówki. Muszę przyznać, iż jest to naprawdę niesamowite miejsce, nie tylko z powodu ołtarza, ale głównie dzięki widokom roztaczającym się z Hali. Cudo. 😉

        Nie zatrzymywaliśmy się jednak na dłużej na niej, chcieliśmy bowiem dotrzeć do schroniska PTTK, aby spokojnie zjeść drugie śniadanie. Nieco zaskoczył nas panujący tam tłok i harmider, trochę przypomniało mi sierpień i schronisko na Skrzycznem. Tutaj żadna kolejka nie dojeżdża, więc każdy musiał wejść tam na własnych nóżkach. Widać, że nawet jesienią góry przyciągają mnóstwo osób. Szczególnie w tak piękny dzień jak wczorajszy.

widok na Tatry.
i fryteczki w schronisku. 

       Wbrew pozorom, schronisko na Turbaczu nie znajduje się na szczycie, trzeba jeszcze przejść kilka minut czerwonym szlakiem, aby się na nim znaleźć. W ten sposób zaliczyliśmy nasz siódmy szczyt należący do Korony Gór Polski, chyba ostatni w tym roku. 🙂

na wysokości 1310 m.n.p.m.

       Niebieski szlak był dość ciężki, jednak kondycja nam się nieco pogorszyła, dlatego cieszyliśmy się na powrót i schodzenie. Czerwonym szlakiem maszerowaliśmy z Turbacza na Obidowiec i był to dość trudny fragment drogi, bowiem na ziemi zalegała spora ilość rozdeptanego błota. Dobrze, że mieliśmy odpowiednie buty i nie przeszkadzało nam, że chwilami mocno się w tym błocku taplaliśmy. 😉

      Po drodze napotkaliśmy symboliczny pomnik, postawiony tam na pamiątkę katastrofy lotniczej z 1973 roku, gdy rozbił się tam samolot sanitarny. Trzeba przyznać, że robi wrażenie. Szczególnie, gdy później doczytaliśmy, że katastrofa miała miejsce 25 maja i była spowodowana między innymi silnymi opadami śniegu. W maju. Widać nie tylko teraz panują takie dziwne zawirowania pogodowe.

       Schodząc z Turbacza słońce zaczynało się szybko chylić ku zachodowi, co nieco nas przeraziło, bo mieliśmy jeszcze ponad półtorej godziny do końca wędrówki. Musieliśmy narzucić szybsze tempo i nie było już za bardzo czasu na podziwianie widoków. No, prawie go nie było, bo jednak zachodzące słońce pięknie rozświetlało okolicę. 🙂

a na horyzoncie Turbacz. 🙂
       Zielonym szlakiem dotarliśmy do górnej stacji kolejki Koninki-Tobołów, gdzie nieco zmieniliśmy plany. Przyznam się, że byłam bliska złamania się i powrotu na dół kolejką, ale Tomasz mnie przekonał i ruszyliśmy raźno przed siebie. Po kilku chwilach zboczyliśmy ze szlaku zielonego, bo pojawił się kierunkowskaz kierujący nas do miejsca, gdzie kolejka ma swój początek, a tam właśnie zostawiliśmy nasz samochód. Nie zastanawiając się długo zmieniliśmy plany i ruszyliśmy nieoznaczonym szlakiem. Tą drogę również porzuciliśmy, gdy zobaczyliśmy inną parę schodzącą stokiem narciarskim. Stwierdziliśmy, że tak będzie na pewno szybciej i poszliśmy za nimi. I faktycznie było zdecydowanie szybciej, ale też i na pewno bardziej męcząco, bo stok był dość mocno nachylony i chwilami bałam się, że z niego po prostu zjedziemy. Na szczęście udało nam się tego uniknąć i w jednym kawałku dotarliśmy do samochodu. 🙂

       Podsumowując, przeszliśmy w ten piękny jesienny poniedziałek szesnaście kilometrów w ciągu pięciu godzin bez piętnastu minut. Droga była dość przyjemna i mimo zmęczenia byliśmy bardzo szczęśliwi, że udało nam się zdobyć kolejny szczyt. I to już chyba prawdziwe pożegnanie z górami w tym roku było. Na koniec jeszcze poglądowa mapka całej trasy. 🙂

~~Madusia.

43 komentarze

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *