Zaczytana Madusia: „Dzieci odchodzą w ciszy” Bartosz Wojsa – recenzja przedpremierowa
To będzie tydzień pod znakiem trudnych lektur, chociaż nic bardziej porażającego od książki Bartosza Wojsy raczej się nie zdarzy. „Dzieci odchodzą w ciszy. Sprawa Kamilka z Częstochowy” jest mi szczególnie bliska, ponieważ tragedia ta miała miejsce w moim rodzinnym mieście. I chociaż minęły już dwa lata, to ta historia ciągle trwa, a podobne koszmary się nie skończyły. Ten reportaż to niezwykły apel i zapraszam do zapoznania się z nim.

„Dzieci odchodzą w ciszy. Sprawa Kamilka z Częstochowy” to wstrząsający reportaż o tragedii, którą żył cały kraj ponad dwa lata temu. Wszyscy wstrzymywali oddech śledząc codzienne komunikaty ze szpitala, jednocześnie nie szczędząc ostrych słów wobec wszystkich, którzy dopuścili się zaniedbań w tej sprawie. Naprawdę wielu zaniedbań.
Dzieciństwo kojarzy nam się z beztroską, z radosną zabawą, odkrywaniem świata i śmiechem, czasem z podrapanymi kolanami czy stupami na brodzie po upadku z rowerka. To dobry czas.
Nie każde dziecko ma jednak takie wspomnienia. Ich codzienność wygląda inaczej, pełna strachu, łez i bezsilności – cóż można zrobić, gdy osoba, która ma się nami z założenia opiekować, staje się oprawcą.
Zamiast czułości jest ból. Zamiast pochwały – obelga. Zamiast bezpieczeństwa, nieustanna czujność. I pragnienie, by zniknąć, aby więcej nie bolało.
Kim trzeba być i co trzeba mieć w głowie, żeby skrzywdzić istotę, która jest od nas zależna. Którą często sami sprowadziliśmy na świat. Jak bardzo trzeba być skrzywdzonym, by samemu krzywdzić dalej. Spirala zła często nakręca się sama.
Po każdej tak głośnej tragedii, społeczeństwo i opinia publiczna domaga się zmian. Już! Teraz! Stąd też powołana naprędce „ustawa Kamilka”, by chronić i uszczelnić system. Rzeczy na pokaz, a później cichutki powrót do rzeczywistości. Mimo kolejnej tragedii, niewiele się zmieniło. Bartosz Wojsa w jednym z rozdziałów przywołuje inne, wcześniejsze i podobnie głośne tragedie, po których powtarzano „ani jednej więcej”. I co? I nic.
„Dzieci odchodzą w ciszy” to książka dogłębnie poruszająca. I to nie tylko czytelników, sam autor, w trakcie jej pisania, został ojcem, więc emocje, które się w nim kumulowały, musiały być ogromne. Widać je doskonale w każdym rozdziale, gdzie rzetelnie (na tyle, na ile miał dostęp do źródeł, bo nie zawsze tak było) rozlicza wszystkich zaangażowanych w sprawę. Rodzinę, sąsiadów, nauczycieli, opiekę socjalną, policję – każdy ma swoje za uszami, chociaż niektóre niedociągnięcia wynikają z chaotycznego systemu, któremu bardzo łatwo jest się wymknąć. Cieszę się, że w książce zabiera głos prezydent Częstochowy, skupiający się na tym, co zmieniło miasto w swoich standardach, żeby nieco uspójnić system, ale bez kompleksowej reformy niewiele się zmieni. I to mimo głośnych zapowiedzi.
Bo chociaż „dzieci odchodzą w ciszy”, to ta książka krzyczy ze wszystkich sił.
Nie bądźmy obojętni.
Nigdy.
/*współpraca barterowa z wydawnictwem Harde/ dziękuję za egzemplarz do recenzji.



