Podróże

Hiszpańskie opowieści: Sierra Nevada objazdowo. ;)

          Walizki spakowane, bilety przygotowane, pozostaje jedynie rano nie zaspać na samolot i za kilkanaście godzin znów będziemy w Hiszpanii. Jeżeli prognozy pogody się sprawdzą to Kraków pożegna nas deszczem i temperaturą zaledwie kilkunastu stopni powyżej zera, zaś Madryt ma nas przywitać zgoła odmiennie – ponad trzydzieści stopni i ani śladu chmur. I generalnie przez cały wyjazd ma być pięknie i cudownie i w ogóle ach i och. 😉 A przynajmniej taką mam nadzieję, bo zawsze się śmieję, że załatwiam pogodę. W końcu niebezpodstawnie jestem małą czarownicą. Zobaczymy czy i tym razem mi się uda. 😉 A dzisiaj, tak na szybciutko, mam dla Was drugą część wyprawy w góry Sierra Nevada. Po noclegu w cudownej Pampaneirze, spakowaliśmy się raniutko do samochodu i ruszyliśmy niezwykle krętą drogą do Trevelez i dalej na przełaj przez góry. To dopiero była podróż. A jaka przygoda!

        Z wielkim trudem pożegnaliśmy uroczą Pampaneirę, bowiem wyjazd z niej coraz bardziej zbliżał nas do powrotu do domu. Przejazd przez góry Sierra Nevada tak naprawdę był ostatnią atrakcją naszych andaluzyjskich wakacji, po nim wracaliśmy na dwa dni do Alicante nieco poleniuchować na plaży, a później już do Krakowa. Tak jak już pisałam we wcześniejszej notce, krajobraz nas otaczający zmienił się na nieco bardziej księżycowy i jesienny. Nie było już tak intensywnie jak na wybrzeżu, tutaj czuć było, że jednak bądź co bądź mamy listopad. W niczym nam to nie przeszkadzało, a nawet wprost przeciwnie – dzięki jesiennym barwom okolica była jeszcze bardziej urokliwa. 😉

ostatni rzut oka na Pampaneirę i jedziemy dalej. 😉

          Z Pampaneiry ruszyliśmy raźnie do Trevelez – miasteczka uważanego za jedno z najwyżej położonych w Hiszpanii. Droga do niego wiodąca była szalenie kręta, o czym świadczyć może fakt, że przejechanie trzydziestu dwóch kilometrów (bo tyle właśnie dzieli te dwie wioseczki) zajmuje ponad godzinę. Nam oczywiście zajęła jeszcze więcej, bo praktycznie co kilka kilometrów się zatrzymywaliśmy, głównie na moje okrzyki \”o jeju, jak tu pięknie/cudnie/wspaniale/Tomasz koniecznie musisz się tutaj zatrzymać, zobacz jaki rewelacyjny krzak/drzewo/widok/skała\”. I Tomasz dzielnie się zatrzymywał. Było to też chwilami konieczne, ponieważ od tego kręcenia się po drodze kręciło się nam też w głowach. I czasem też w brzuchach. Jak nigdy nie mam choroby lokomocyjnej w samochodzie, tak tutaj po dwóch godzinach takiego kręcenia, czuliśmy się dość kiepsko. Ale i tak widoki wszystko nam wynagradzały. 🙂

        Spore wrażenie wywarło na nas miasteczko Portugos, gdzie zatrzymaliśmy się na kilka dłuższych chwil. Nie dość, że było bardzo fajnie położone (chociaż nie będę ukrywać, że praktycznie wszystkie mijane przez nas miasteczka i wioski miały tak malownicze lokalizacje), to nasze serduszko zdobyło siłownią na świeżym powietrzu z absolutnie cudnym widoczkiem. Ćwiczenie w tym miejscu było prawdziwą przyjemnością i spędziliśmy na tych maszynach dobrych kilkanaście minut. Co ciekawe, to w niemalże każdym następnym miasteczku też były takie siłownie – mniejsze czy większe, ale już ich nie sprawdzaliśmy na własnej skórze. Jedna wystarczyła. 😉

          Po ponad godzinie, kręceniu i wspinaniu się o kolejne metry w górę, dojechaliśmy do Trevelez. Jak już pisałam, miasteczko jest uważane za jedno z najwyżej położonych w Hiszpanii, znajduje się bowiem na wysokości 1486 metrów nad poziomem morza. Ulokowane jest podobnie jak Pampaneira, też na zboczu i robi jeszcze większe wrażenie. Tutaj też szukaliśmy noclegu, ale nic ciekawego znaleźć nam się nie udało. 😉

         Dalsza droga wiodła wzdłuż parku narodowego gór Sierra Nevada. Dalej było mnóstwo zakrętów, trochę zjazdów, trochę wjazdów, generalnie chwilami aż kręciło się w głowie. Momentami trzeba było szczególnie uważać, bowiem w pewnym momencie zza zakrętu wyszło prosto na nas stado owiec. 😉 Podobało mi się w tej podróży to, że sporo było miejsc widokowych, gdzie specjalnie można było się zatrzymać i podziwiać okolicę. Niektóre same w sobie robiły wrażenie i zachęcały do spędzenia tam kilku dodatkowych chwil. Mnie szczególnie do gustu przypadło to które, teraz Wam pokażę. 😉

         Wyraźnie obrazuje to jak wyglądała cała droga – mnóstwo pętelek. 😉 I dalej ten surowy księżycowy krajobraz. Zwykle za takim nie przepadam, ale tutaj naprawdę urzekł mnie szalenie. I z każdym kolejnym kilometrem podobał mi się coraz bardziej, ale też coraz bardziej byliśmy zmęczeni tą podróżą.

           Po kilkudziesięciu kilometrach wreszcie wjechaliśmy do parku narodowego. Tutaj ruch był zdecydowanie mniejszy, minęliśmy raptem kilka samochodów. Droga już tak nie kręciła, bowiem to był ten fragment, w którym przejeżdżaliśmy góry Sierra Nevada na wprost. Tutaj także mieliśmy się wznieść na wysokość dwóch kilometrów nad poziomem morza, na które bardzo czekałam. Jednak zanim tam dojechaliśmy, znów na naszej drodze stanęły zwierzęta. Bardzo fajne zwierzęta. 😉

       Wreszcie jednak dotarliśmy do tych dwóch tysięcy metrów, które nieco nas rozczarowały. Poza jedną tabliczką nie było tutaj właściwie nic. Podejrzewam, że zimą zapewne to miejsce wygląda zupełnie inaczej, bo od razu wyczuć tutaj można było ośrodek narciarski. W ogóle to przez całą podróż czekałam i wyglądałam z utęsknieniem, żeby wreszcie zobaczyć ośnieżone szczyty Sierra Nevada. I przez całą drogę nawet pół grama śniegu nie widziałam. Nawet tutaj, co bardzo mnie rozczarowało. ;<

            Po wizycie na dwóch tysiącach metrów rozpoczął się jeden wielki zjazd. Nie spodziewałam się, że będziemy się jeszcze zatrzymywać, ale szybko wyszłam z tego błędu. Mieliśmy jeszcze dwa postoje – jeden praktycznie od razu, bo \”ojejku zobacz jak fajnie\” i drugi, bo tam naprawdę było nieźle. To najpierw ten pierwszy:

    
     A ten drugi w ogóle przejechaliśmy i zawracaliśmy na tej szerokiej drodze, po której i tak praktycznie nikt nie jeździł. Bardzo bym żałowała, jakbyśmy akurat to miejsce pominęli, bo widoki z niego były naprawdę niepowtarzalne. Z jednej strony góry i uwaga uwaga – wreszcie dojrzałam ośnieżone szczyty, a z drugiej płaska jak stół równina i w oddali kolejne wzniesienia. Tutaj dopiero było magicznie i niesamowicie i w pełni wynagradzało to nasze zmęczenie. I trochę nas też obudziło, bo mieliśmy przed sobą jeszcze drogę powrotną do Alicante. 😉

ośnieżone szczyty!!!! <3
tyyyyle radości. \\o/
             I tak zakończyła się nasza przygoda z górami Sierra Nevada. Absolutnie cudna była to wyprawa, która na długo zostanie w moim serduszku. Szalenie męcząca, ale zdecydowanie warto ją przeżyć. Mam ogromną nadzieję, że w te okolice jeszcze wrócimy, bo jest tutaj sporo świetnych szlaków do przejścia, chociażby na najwyższy szczyt kontynentalnej Hiszpanii – Mulhacén. A na razie całuję Was wszystkich serdecznie i zmykam. A jak wrócę, to będę starsza o rok. ;<

~~Madusia.

9 komentarzy

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *