Zaczytana Madusia: „Gdzie jesteś, siostrzyczko?” Max Czornyj – recenzja
W trakcie ostatniego tygodnia stycznia zajmowałam się tkwiącą we mnie wewnętrzną dziewczynką, która stanowczo domagała się uwagi. Przełożyło się to na kilka wizyt lekarskich, mnóstwo przeczytanych stron i jeszcze więcej przespanego czasu. Jeszcze nie do końca czuję się w pełni sobą, ale w piątek zaczynam urlop, więc muszę się na tych kilka dni zmobilizować, żeby później odpoczywać z czystym sumieniem. A w ten mroźny niedzielny wieczór przychodzę z rozgrzewającym thrillerem Maxa Czornyja, mimo iż też akcja toczy się zimową porą. Zapraszam na recenzję!

Luksusowy hotel w Beskidzie Sądeckim, a w nim wystawna walentynkowa kolacja. Goście bawią się doskonale, szampan leje się strumieniami, a tymczasem właściciele tego miejsca tuż za ścianą (niemalże dosłownie) przeżywają największy koszmar rodziców – zaginięcie dziecka. Najmłodsza latorośl państwa Loret przebywała pod opieką starszego brata, który tylko na chwilę poszedł do łazienki i stracił siostrę z oczu raptem na kilka chwil. I tyle wystarczyło, żeby po dziewczynce ślad zaginął.
Rodzina w okrojonym składzie przez kolejny rok mocno się posypała, ponieważ każdy z nich na swój sposób radzi sobie ze stratą. I to jeszcze tym najgorszym rodzajem, bo ciągle nic nie wiadomo, czy żyje, jak żyje, ewentualnie gdzie jest ciało i kto do tego wszystkiego doprowadził. Brak odpowiedzi rujnuje codzienne życie bohaterów, nawet dobrze prosperujący hotel Loret (tak, nazwa pochodzi od nazwiska bohaterów) nie przynosi tyle radości, ile powinien. Nie przeszkadza to jednak w powtórzeniu sukcesu zeszłorocznej kolacji walentynkowej, co osobiście dla mnie jest dość dziwnym rodzajem radzenia sobie z traumą. Szczególnie, gdy historia się powtarza i znów znika jeden z członków rodziny, a pewne tajemnice domagają się ujawnienia. Tym razem zakończenie może być zupełnie inne…
„Gdzie jesteś, siostrzyczko?” to ciekawie skonstruowany thriller psychologiczny i wyjątkowo, jak na Maxa, bezkrwawy, aczkolwiek nie oznacza to, że nie dzieje się zupełnie nic. Akcja powoli się rozkręca, wciągając czytelnika coraz mocniej w losy rodziny Loret, które poznajemy z różnych perspektyw. Pozwala nam to uświadomić sobie, że za luksusowym życiem wcale nie muszą kryć się szczęśliwi ludzie, bowiem każdy ma swoje problemy. Nie ma tu prostego podziału na dobro i zło, dominuje cała paleta szarości, pełna niejednoznaczności i postępowania na granicy prawa i dobrego smaku.
Przyznam się szczerze, że to nieco lżejsze wydanie Czornyja przypadło mi do gustu – pochłonęłam historię w jeden wieczór. I mimo iż wydawało mi się, że doskonale wiem, jak ta historia się skończy, to udało się autorowi wywieść mnie w pole, co nie zdarza się zbyt często. A jednak! Rodzina Loret kryje w sobie wiele tajemnic, a w pewnym momencie można sobie z nich niemalże ułożyć matrioszkę, tak mocno się zapętlają. To naprawdę kawał dobrej lektury.
„Gdzie jesteś, siostrzyczko?” odbiega od typowych książek Maxa Czornyja. Jest zdecydowanie lżejsza pod względem opisowym (krew i flaki nie wylewają się z każdej strony, ba! nawet nie z co drugiej!), ale historia sama w sobie porażająca, a momentami nawet okrutna. Pod względem psychologicznym siedzi całkiem zgrabnie i spędziłam z nią kilka interesujących godzin. A jeszcze więcej zeszło mi na przemyśleniach po jej zakończeniu – polecam!
/*współpraca barterowa z wydawnictwem Filia Mroczna Strona/ dziękuję za egzemplarz do recenzji.



