Zaczytana Madusia: „Revolterium” Bernard Gromek – recenzja
Zapewne niewielu z was wie, że w tym miesiącu będziemy obchodzić sto osiemdziesiątą rocznicę wybuchu powstania krakowskiego. To jeden z tych bardziej zapomnianych zrywów narodowych (aczkolwiek jest to nazwa mocno na wyrost, bowiem stoczono tylko jedną bitwę), a dodatkowo jeszcze przyćmiony przez brutalniejszą rabację galicyjską, mającą miejsce praktycznie w tym samym czasie i miejscu. Niewielu wcześniej autorów porywało się osadzenie akcji swojej książki w tym okresie, aż Bernard Gromek postanowił zamieszać w powstańczym kotle, debiutując brawurowym „Revolterium”, dziejącym się dwa lata po upadku małej rewolucji. Zapraszam na recenzję!

Bernard Gromek zadebiutował w wyjątkowo mocnym stylu! Nie bawi się w żadne romantyzowanie nieudanych powstań, nie zachwyca się marzycielami kładąc kres gloryfikowaniu śmierci i okrucieństw związanych z nagłym wybuchem przemocy. Kraków Gromka roku 1848 jest przerażający – niebezpieczeństwo czai się na każdym kroku, wszechobecne błoto niemalże wylewa się ze stron, a ten, kto bardziej kombinuje, ten jakoś sobie radzi. To nie jest przyjemny świat, trzeba być bezwzględnym i mieć naprawdę twarde cztery litery, żeby w nim przetrwać. Tak jak bohater „Revolterium”.
Maks Krom po dwóch latach więzienia, zostaje w końcu zwolniony i może zająć się tym, co z niego zostało. Mimo młodego wieku jest wykończony, wygłodzony, w łachmanach, bez zębów – austriackie więzienie, w którym znalazł się po upadku powstania krakowskiego przeorało go pod każdym względem. I chociaż opuszcza je jako niemalże bohater narodowy, to nijak przekłada się to na jego życie poza więziennymi murami. Obecnie chce już wyłącznie spokoju, ale od razu po wyjściu zostaje przechwycony przez swojego dawnego przyjaciela, hrabiego Hipolita Zdańskiego, marzącego o kolejnych romantycznych zrywach, szczególnie że Maks wie, gdzie został ukryty powstańczy skarb.
Zestawienie obu mężczyzn jest wyjątkowo kontrastowe, Krom reprezentuje stracone pokolenie, które na własnej skórze przekonało się, że marzenia o wolności są tylko nieosiągalnymi mrzonkami i zajmują się nimi arystokraci na wygnaniu, a jak przychodzi do poświęcenia życia, to kto inny musi ubrudzić sobie dłonie i absolutnie nikt się z nimi nie liczy. Maks nie chce być już mięsem armatnim, uważa, że swoje przecierpiał, nie ma na nic wpływu i chce po prostu żyć spokojnie. Niestety w brutalnym świecie, w jakim przyszło mu żyć, czasem człowiek nie ma wyjścia i musi robić rzeczy, których nie chce.
„Revolterium” reklamowane jest szeroko jako połączenie „Peaky Blinders” z tarantinowską intrygą, z czym zgadzam się jedynie połowicznie. Intryga i owszem, mocno kojarzy się z twórczością znanego reżysera, bowiem Gromek nie owija w bawełnę, nie hamując się przy żadnych opisach, gdzie krew i trup ścieli się gęsto. Jednak klimatu „Peaky Blinders” tutaj nie odnalazłam, co w końcowym rozrachunku wcale nie jest wadą, bo książka cechuje się prawdziwym rozmachem, świetnie dopracowanym tłem historycznym i mocno charakterystycznymi bohaterami, ale Tommy Shelby jest niepodrabialny. I chociaż zapewne można dopatrzyć się podobieństw w innych kwestiach, to mnie osobiście serial kojarzy się wyłącznie z postacią głównego bohatera, a tutaj mocno się rozjeżdżają.
Książka trzyma w napięciu, akcja rozwija się dynamicznie, a Maks Krom zdecydowanie na życiowej loterii wyciągnął najkrótszą zapałkę, bo wydaje się, że wszystkie nieszczęścia na niego spadają. Tym bardziej zaskakujący staje się wątek romantyczny, pasujący do całości jak kwiat do kożucha. W tym całym szaleństwie, bezwzględności, brudzie i smrodzie ta naprawdę niespodziewana relacja jest takim małym promyczkiem szczęścia, aczkolwiek do bajkowych zakończeń tu daleko. Ale przynajmniej przez kilka chwil jest nieco ładniej niż przez praktycznie całą książkę.
„Revolterium” to wyjątkowo odważny debiut, wybiegający poza przyjęte ramy pojmowanie powstańczej historii naszego kraju. I za to chwalę autora, kupuję taką wersję w całej jej okropności, gdyż zapewne tak to właśnie wyglądało. Liczę, że wysoki poziom (zarówno researchu jak i pisania) utrzyma także w kolejnych swoim książkach, bo wiem, że na pewno po nie sięgnę. Szczególnie jeśli znów będą dotyczyły mocno przykurzonych historii, które zdecydowanie warto znać! Brawo i gratulacje – polecam!
/*współpraca barterowa z wydawnictwem Znak Literanova/ dziękuję za egzemplarz do recenzji.



