Książki

Zaczytana Madusia: „Tydzień, zanim umrę” Seo Eun-chae – recenzja

Zdarzają mi się czasem takie książki do recenzji, w przypadku których zupełnie nie jestem w stanie dotrzymać terminów pojawienia się recenzji. I wcale problemem nie jest wówczas objętość, tylko emocje, jakie się we mnie pojawiają w trakcie i po lekturze. Bywają takie tytuły, które muszę przetrawić i zwykle schodzi mi na tym naprawdę sporo czasu, szczególnie gdy historia do najprostszych nie należy. A nie ukrywajmy, że tak bywa najczęściej. Takim przypadkiem stała się jedna z niewielu koreańskich książek, które przeczytałam w moim życiu o wiele mówiącym tytule: „Tydzień, zanim umrę” autorstwa Seo Eun-chae. Zapraszam na recenzję!

Koreańska legenda głosi, że Śmierć przychodzi po nas pod postacią ukochanej osoby, którą wcześniej straciliśmy. Myślę, że nie jest to najgorszy z możliwych scenariuszy, zostać odprowadzonym na drugą stronę przez bliskiego nam człowieka. Hee-wan, bohaterka książki, straciwszy najbliższego przyjaciela w wypadku, nie spodziewała się, że jeszcze kiedykolwiek się spotkają. A przecież tyle zostało spraw niewypowiedzianych i niedokończonych, tyle wspólnych planów do zrealizowania. Kiedy pewnego dnia Nam-u woła ją na ulicy, dziewczyna nie może w to uwierzyć. I te siedem dni życia, które jej pozostało.

Nam-u nie pozwala dziewczynie rozpaczać, organizuje całą listę rzeczy, które jeszcze warto przeżyć przed śmiercią i wspólnie realizują niektóre z jej punktów. Nie zawsze wychodzi tak, jakby tego chcieli, ale wspólny czas, który został im ponownie dany, starają się wykorzystać w jak największym stopniu. Ciągle jednak mają problem z przyznaniem się, że ich przyjaźń to zdecydowanie coś więcej, że to uczucie już dawno zamieniło się w coś innego. Czy uda im się przez ten tydzień wyznać to, co kryją ich serduszka… – emocji na pewno nie zabraknie. Łez również.

„Tydzień, zanim umrę” okazał się być czymś zupełnie innym niż się spodziewałam. Myślałam, że będzie to zwyczajna historia miłosna (o ile można zwyczajnym można nazwać taki stan, gdy zmarły ukochany powraca na ziemię, żeby zakomunikować ci, że za tydzień umrzesz), a otrzymałam o wiele więcej. Różnorodność emocji momentami bywała niezwykle przytłaczająca, nieprzepracowany żal chwilami stawał się tak wielki, że musiałam robić sobie przerwy, żeby samej nabrać dystansu. Pomimo swojej wyjątkowo małej (jak na moje standardy) objętości, ta historia potrafi mocno siąść na serduszku, szczególnie w przypadku wątków pobocznych, których całkiem sporo tu odnajdziemy. Wszystko łączy się w jedną piękną, acz smutną całość.

To jedna z tych historii, która skłania do refleksji, do pochylenia się nad swoim własnym życiem i zastanowienia nad tym, co jest dla nas naprawdę ważne. Niewypowiedziane słowa w obliczu rzeczy ostatecznych nabierają wielkiej mocy i swoim ciężarem potrafią przytłoczyć, szczególnie że nie możemy już nic z nimi zrobić. Na zawsze zostaną zaklęte w ciszy, wybrzmiewającej jedynie dla nas.

„Tydzień, zanim umrę” nastraja czytelnika wyjątkowo nostalgicznie, unikając przy tym niepotrzebnej egzaltacji, co wcale nie jest taką łatwą sprawą. Myślę, że wynika to z pewnej powściągliwości, tak charakterystycznej dla literatury Dalekiego Wschodu, a przynajmniej takie są moje dotychczasowe osobiste doświadczenia. Na pewno historia Hee-wan i Nam-u zostanie ze mną na długo, uświadamiając mi, że nie ma co czekać na jutro, skoro nie mamy gwarancji, że nadejdzie. Nie brzmi to może najradośniej, ale pozwala doceniać i cieszyć się każdą chwilą tu i teraz. I tego też Wam życzę, oczywiście najlepiej po lekturze książki!

/*współpraca barterowa z wydawnictwem Znak LiteraNova/ dziękuję za egzemplarz do recenzji.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *