Zaczytana Madusia: „Zamknięte w lodzie” Izabela Janiszewska
I znów nadszedł w moim życiu taki okres, gdy gonię swój ogonek i dogonić go nie mogę, bo przecież kiedyś trzeba spać. A im starsza jestem, tym organizm mniej wybacza i nie można szarżować tak, jak to miało miejsce kilkanaście lat temu. Chwilą wytchnienia stają się kradzione momenty z książką na kanapie, które najczęściej kończą się opadającymi powiekami i bolącym później karkiem. Nie ma jednak co narzekać, powtarzam sobie, że jeszcze dwa tygodnie i będą Targi Książki w Warszawie, tak bardzo przeze mnie wyczekiwane. A żeby trochę osłodzić to czekanie, to zapraszam na recenzję nowej książki Izabeli Janiszewskiej „Zamknięte w lodzie”, aczkolwiek już sam tytuł mocno chłodzący jest.

Zimowy las, paśnik pełen siana, a nieopodal niego ciało młodej kobiety, która najprawdopodobniej w tych malowniczych okolicznościach postanowiła pożegnać się z własnym życiem. Sprawa wydaje się prosta i jednoznaczna, aczkolwiek świeżo upieczona technik kryminalistyki Anita Bauer dopatruje się w niej czegoś więcej. Ciężko jednak przebić się z własnymi spostrzeżeniami, gdy jest się „TĄ NOWĄ” w zespole, a dodatkowo śledczy prowadzący to twój były partner, z którym niedawno się rozstałaś. I to nawet nie z hukiem, bo związek był trzymany w tajemnicy przed współpracownikami, więc nie wypada ziać otwartą niechęcią. Mimo wszystko Anita nie daje za wygraną i na własną rękę zaczyna badać sprawę.
W tym samym czasie w gabinecie wziętego psychotraumatologa Macieja Wajdy pojawia się tajemniczy pacjent, nalegający na natychmiastową wizytę. Ów mężczyzna utrzymuje, że cierpi na poważną lukę w pamięci, zwaną fugą, która nieprzypadkowo jest przedmiotem zainteresowań Wajdy. Sprawa już na wstępie staje się niepokojąca, bowiem pacjent utrzymuje, że mógł popełnić zbrodnię, chociaż sam tego faktu nie pamięta. Psycholog usiłując mu pomóc, jednocześnie sam musi mierzyć się z własną przeszłością, która zdecydowanie nie ułatwia mu tej sprawy. A to dopiero początek.
„Zamknięte w lodzie” powoli roztaczają swój mroczny klimat, im dalej wchodzimy w historię, tym bardziej sprawy się komplikują. Może się wydawać, że mnogość wątków w pewnym momencie stanie się przytłaczająca, ale z każdą kolejną stroną zyskujemy pewność, że zdecydowanie jest w tym głębszy sens i w pewnym momencie wszystko kliknie.
Izabela Janiszewska niezwykle skrupulatnie snuje swoją historię, sięgając po motywy dobrze znane ze skandynawskich kryminałów, przenosząc je jednak na nasze własne podwórko. Całość tworzy niezwykle harmonijną całość, od której naprawdę ciężko się oderwać, mimo iż chwilami uczucie niepokoju potrafi przeniknąć czytelnika na wskroś. Warstwa psychologiczna jest skonstruowana wręcz perfekcyjnie, nie brak w niej także tematów trudnych i bolesnych, jak radzenie sobie z traumą czy tych związanych z prześladowaniem bądź targnięciem się na własne życie. To także opowieść o sile pamięci, o odkupieniu i ponoszeniu konsekwencji swoich czynów. Myślę, że wszystkimi zagadnieniami poruszanymi w książce można obdzielić kilka innych opowieści i każda z nich będzie intrygująca. Autorka zdecydowanie zna się na swoim fachu, bowiem ta historia, moim skromnym zdaniem, bliska jest perfekcji.
„Zamknięte w wodzie” to kolejna z książek Izabeli Janiszewskiej, która wywarła na mnie ogromne wrażenie. Ta historia uwiera, gniecie i zmusza do myślenia, co wyjątkowo wysoko cenię sobie również w kryminałach, nie traktując ich wyłącznie w kategoriach rozrywkowych. Nasze polskie autorki absolutnie nie mają się czego wstydzić na światowej arenie literackiej, wiele głośnych nazwisk nawet nie powinno im ołówków strugać. Izabela Janiszewska znów potwierdziła, że kobiety też potrafią pisać w tych cięższych klimatach, tak często przypisywanych ciągle jeszcze wyłącznie mężczyznom. „Zamknięte w wodzie” są książką, której warto dać się pochłonąć. Polecam z całego serduszka!
/*współpraca barterowa z wydawnictwem Czwarta Strona / dziękuję za egzemplarz do recenzji.



