Książki

Zaczytana Madusia: „Kiedyś były tu wilki” Charlotte McConaghy – recenzja

Pierwsza książka autorki, „Dziki mroczny brzeg” wstrząsnęła mną dogłębnie. Jej szorstka forma i mocno chropowaci bohaterowi mocno zapadli mi w pamięć i często do niej wracam w rozmowach ze znajomymi. Kiedy pojawiła się informacja, że w maju ukażą się „Kiedyś były tu wilki”, wyczekiwałam ich jednocześnie z niecierpliwością, ale i wielkim niepokojem, że książka znów mnie sponiewiera. Zapraszam na recenzję, z której dowiecie się, czy faktycznie tak się stało i tym razem.

Dumne i wyniosłe szkockie wzgórza, w odległym rejonie Highlands, stają się kolejnym życiowym etapem bliźniaczych sióstr Flynn. Inti przybyła tu z niezwykłą misją, by wraz z zespołem biologów, ponownie zasiedlić okolicę wilkami szarymi. Nie zważając na sprzeciw i obawy okolicznych mieszkańców, pod osłoną nocy, umieszczają czternaście osobników, by powoli zaczęły przystosowywać się do życia w nowych warunkach. Podobną nadzieję żywi wobec swojej siostry Aggie, że nowe miejsce i okoliczności pomogą jej w radzeniu sobie z traumą, przez którą obie musiały wynieść się z Alaski. Czy Szkocja okaże się dla nich wszystkich dobrym domem?

Charlotte McConaghy znów to zrobiła! Nie spodziewałam się, że po „Dzikim mrocznym brzegu” może powstać coś równie dobrego, ale biję się w pierś i posypuję głowę popiołem – „Kiedyś były tu wilki” wstrząsnęły mną jeszcze bardziej. Opowieść o tych zwierzętach, odkrywanie ich zwyczajów i zachowań, wzajemnych zależności i tego, jak potrafią się sobą wzajemnie opiekować, to coś, co mnie całkowcie pochłonęło. Momentami miałam wrażenie, że podzielam niezwykłą cechę Inti i moje pokłady empatii sprawiały, że współodczuwałam wszystkie emocje, którymi przepełniona jest ta historia. I zdecydowanie nie były to najprzyjemniejsze doświadczenia, książka bywa okrutna i bezwzględna, podobnie jak to ma miejsce w prawdziwym życiu.

Znów dominującą rolę odgrywają kwestie klimatyczne, a szczególnie troska o drapieżniki, bez których cały łańcuch pokarmowy zostaje zachwiany. Stąd właśnie temat wilków, jako regulatorów całego ekosystemu, który wraz z ich wyginięciem został pozbawiony najważniejszych bodźców wpływających na całą otaczającą nas przyrodę. Łatwo nam idzie zapomnieć, że wszystko się ze sobą łączy, a usunięcie jednego ogniwa potrafi przewrócić do góry nogami cały porządek wypracowywany przez tysiąclecia. I ponownie dostajemy dowód, że największym szkodnikiem na naszej planecie jest człowiek, biorąc ją we władanie i eksploatując pod siebie, nie zwracając uwagi na całą resztę. Znów otrzymujemy przygnębiającą wizję świata, ale nadzieja ciągle gdzieś jeszcze się tli – zostało nam naprawdę niewiele czasu, by zatroszczyć się o Ziemię, mającą być przecież naszym wspólnym domem.

„Kiedyś były tu wilki” to także opowieść o niezwykłych więzach i relacjach, nie tylko międzyludzkich. Na szczególną uwagę zasługuje wątek sióstr Flynn, a zwłaszcza zachodząca w nich przemiana. To piękny przykład miłości, poświęcenia i wzajemnej troski ponad wszystko. Nie brak w nim trudnych momentów i poruszających przeżyć, aczkolwiek wszystko utrzymane w charakterystycznej dla McConaghy szorstkości. Nie potrzeba tu wielkich słów, liczą się gesty, bliskość i poczucie bezpieczeństwa, szczególnie gdy zostało nagle odebrane przez kogoś, kto obiecywał opiekę. To także historia o stawianiu i przekraczaniu granic, by ocalić tych, których kochamy.

Inti zaś to jedna z tych bohaterek, które ustawię na swoim własnym piedestale. Jej bezkompromisowość, ogromna wola życia i pewnego rodzaju zuchwałość budzą mój zachwyt. Opiekując się wilkami, sama niemal staje się wilczycą, odpowiedzialną za własne stado, które zebrało się wokół niej w poszukiwaniu ostoi i ciepła. I chociaż prezentuje światu swoją hardą stronę, nie dając sobie w kaszę dmuchać, to mieszkające w niej instynkty czynią z niej idealną przewodniczkę stada.

„Kiedyś były tu wilki” nie są łatwą opowieścią, po raz kolejny twórczość Charlotte McConaghy siada mi mocno na serduszku i uwiera, oj jak ona bardzo uwiera. Zmusza do myślenia, ale też i do działania, bo przecież jeszcze nie jest za późno, jeszcze nie wszystko stracone… Nie jest to książka do przeczytania za jednym razem, musiałam ją kilkukrotnie przerywać, szczególnie gdy kotłowały się we mnie emocje, których nawet do końca nie potrafiłam określić ani nazwać. „Kiedyś były tu wilki” potrafią obudzić wyrzuty sumienia, że jednak robimy za mało i zbyt wolno, że trzeba się mocniej i bardziej przyłożyć, żeby ratować to, co jest (a przynajmniej powinno) być dla nas najcenniejsze. Nasze miejsce do życia. Polecam! Bez dwóch zdań! Absolutny must read tego roku!

/*współpraca barterowa z wydawnictwem Filia Literacka/ dziękuję za egzemplarz do recenzji.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *