Zaczytana Madusia: „Sama. Opowieść o Annie Bilińskiej” Małgorzata Ziewiecka – recenzja
Uwielbiam, gdy z prawdziwej pasji rodzi się coś cudownego. Doskonałym przykładem jest niezwykła książka Małgorzaty Ziewieckiej, która od kilku lat podąża śladami niesamowitej artystki Anny Bilińskiej i swoimi działaniami przywraca jej należne miejsce i pamięć. Polskie, dziewiętnastowieczne kobiety nie miały łatwej drogi, gdy pragnęły od życia czegoś więcej niż tylko małżeństwo, ale potrafiły wykazać się ogromną determinacją, by osiągnąć swoje cele. Zapraszam na recenzję!

W ostatnich latach coraz więcej pisze się o nieco zapomnianych, a na pewno zdecydowanie niedocenianych, polskich artystkach i niezwykle subtelna książka Małgorzaty Ziewieckiej idealnie wpasowuje się w ten trend. Jest to jednak zupełnie inna opowieść od tych, które czytałam do tej pory. Widać, że autorka darzy artystkę wielkim afektem, skrupulatnie i drobiazgowo śledząc jej losy od kilku lat, a także organizując wystawy poświęconej jej twórczości. To nie jest zwykła, sucha biografia, ograniczona jedynie do suchych faktów, wprost przeciwnie, to niemalże liryczna opowieść, tak skromna i delikatna, jak sama Anna Bilińska.
Każda opowieść o dziewiętnastowiecznych artystkach staje się jednocześnie zapisem historii walki kobiety o swoje miejsce w artystycznych świecie, będącej rezultatem ogromnej determinacji i prawdziwych wyrzeczeń, szczególnie gdy decyduje się ona na naukę w stolicy sztuki, którą w tamtych czasach był Paryż. To właśnie stolica Francji najmocniej rezonowała w sercach młodych artystek, gotowych zaryzykować wszystko, by tylko móc się tam znaleźć i spróbować tworzyć swoje dzieła.
W przypadku Anny Bilińskiej scenariusz był podobny, kobieta dawała z siebie wszystko, by tylko utrzymać się na powierzchni. Zaszczyty nie przychodziły łatwo, wszystko okupione było ogromnym cierpieniem, częstym głodem i chłodem, a przede wszystkim dojmującą samotnością. Nieprzypadkowo Anna w tytule określona została przymiotnikiem „sama”, w jej życiu poza sztuką nie było miejsca na nic innego. Najciężej było jej w Paryżu, gdy po śmierci ojca została bez środków do życia, aczkolwiek zmarła nieco po nim, jej najlepsza przyjaciółka Klementyna Krassowska zabezpieczyła ją finansowo w swoim testamencie. Wątek tej przyjaźni to jedne ze smutniejszych i najbardziej poruszających fragmentów książki, chociaż była to niejedyna śmierć, z którą Anna musiała sobie poradzić. Pochowała również swojego narzeczonego, a i sama zmarła przedwcześnie, raptem w wieku trzydziestu dziewięciu lat. Na pewno zabrała ze sobą wiele dzieł, którymi mogła jeszcze zachwycać.
„Sama. Opowieść o Annie Bilińskiej” to jedna z bardziej zachwycających biografii, przeczytanych przeze mnie w ostatnich miesiącach. Utrzymana niemalże w konwencji baśniowej, chociaż życie Anny dalekie było od bajkowego, liryczna, chociaż pełna przerażającej prozy życia, sentymentalna, acz twardo stąpająca po ziemi. Nie można zapomnieć jednak o tym, co po sobie zostawiła, jej twórczość, a szczególnie olśniewający w swej prostocie autoportret, to wyrazy prawdziwego geniuszu tej kobiety, która tak bardzo nie pasowała do epoki, w której przyszło jej żyć. Polecam z całego serduszka!
/*współpraca barterowa z wydawnictwem Muza/ dziękuję za egzemplarz do recenzji.



