Zaczytana Madusia: „Cena milczenia” Gabriela Pawlina – recenzja przedpremierowa
Świetnie oceniany debiut bywa klątwą wielu początkujących pisarzy, bo czasem się zdarza, że niektórym nie udaje się ponownie osiągnąć narzuconego sobie poziomu. Gabriela Pawlina doskonale przyjętą powieścią „Trzy” podbiła serca wielu czytelników, w tym i moje, które mocno drżało na myśl o kontynuacji. Kiedy tylko „Cena milczenia” wpadła w moje łapki, szukałam odpowiedniego momentu, by zabrać się za lekturę, bo liczyłam się z faktem, że mogę ponownie zarwać noc, co miało miejsce przy czytaniu pierwszej powieści. A jak wyszło, to tego dowiecie się z recenzji, na którą zapraszam!

Beskid Niski wraz z leżącym u jego wrót Krosnem skrywa w sobie mnóstwo tajemnic. Niektóre legendy budzą uśmiech na twarzy, na inne reaguje się śmiechem, a inne sprawiają, że włos jeży się na głowie. Tym razem jednak zło nie kryje się w górach, maskuje się praktycznie na widoku, czasem jedynie chowając się za czarnym tuszem, czy to w gazetach czy to znajdującym się bezpośrednio pod skórą.
Justyna Kołyska nie ma lekkiej pracy, działanie pod przykrywką czasem zmusza kobietę do zaskakujących rzeczy, a i tak nie wszystkie scenariusze da się przewidzieć i na nie przygotować. Szczególnie gdy w grę zaczynają wchodzić uczucia, pojawiające się nagle i niespodziewanie, których Justyna zupełnie się nie spodziewała. I chociaż brzmi to trochę melodramatycznie, to niech Was to nie zwiedzie, „Cena milczenia” to rasowy thriller, przepełniony mrokiem i wszechotaczającym niepokojem, gdzie napięcie tylko wzrasta i wzrasta. Pytanie tylko, co się wydarzy, gdy tak mocno napompowany balonik wreszcie pęknie…
Oj dzieje się tu, dzieje! Akcja nie zawsze pędzi na złamanie karku przed siebie, bywają przystanki, gdy bardziej skupiamy się na uczuciach, wątpliwościach i przemyśleniach, bo warstwa psychologiczna u Pawliny jest naprawdę dopracowana w każdym szczególe. Na szczególne wyróżnienie zasługuje, moim zdaniem oczywiście, fantastycznie poprowadzona relacja między Kołyską, a jej partnerem Mariuszem Lejmanem. Były GROMowiec, z doświadczeniem na wojnie w Afganistanie, przyzwyczajony do wojskowego drylu i wykonywania rozkazów to idealna przeciwwaga dla kobiety, dość luźno podchodzącej do poleceń, działającej często na własną rękę. Chemia między nimi jest niesamowita, a przede wszystkim pozbawiona podtekstów, co zdarza się wyjątkowo rzadko, niestety. To właśnie ich wzajemne interakcje są dla mnie najmocniejszą stroną „Ceny milczenia”.
Nie znaczy to jednak, że pozostałe warstwy historii są słabe – jest wprost przeciwnie, bowiem znów nie mogłam się oderwać od lektury i zgodnie z moimi własnymi przewidywaniami, pochłonęłam ją za jednym zamachem. A grubością nie różni się zbytnio od „Trzech”, znowu dostajemy sześćset stron świetnie rozpisanej historii, będącej de facto kontynuacją wątków w nich rozpoczętych. Aczkolwiek tutaj też autorka poszła nieco na przekór, bo bohaterowie pierwszej powieści nie odgrywają w kolejnej głównych ról, stając się interesującym dopełnieniem nowej historii i jednocześnie płynną zapowiedzią trzeciego tomu. Serio, tu wszystko spina się ze sobą i wzbudziło mój szczery zachwyt.
„Cena milczenia” to dowód, że Gabriela Pawlina nieprzypadkowo zebrała tyle zachwytów przy swoim debiucie – ta dziewczyna po prostu ma to mityczne coś, co sprawia, że jej książki, mimo przecież poruszania naprawdę niewygodnych tematów, pochłania się jednym tchem i z wypiekami na twarzy. Polecam z całego serduszka i ze wszystkich sił, jeśli jeszcze nie czytaliście jej pierwszej książki, to koniecznie po nią sięgnijcie, ale można też przeczytać „Cenę milczenia” bez jej znajomości. Tylko wtedy odbierzecie sobie radość z odkrycia naprawdę świetnej lektury, a tak, będzie ona podwójna. Warto, naprawdę!
/*współpraca barterowa z wydawnictwem Filia Mroczna Strona/ dziękuję za egzemplarz do recenzji.



