Książki

Zaczytana Madusia: „Grzeczni już byliśmy” Clare Pooley – recenzja

Czasami czuję się zmęczona moimi ulubionymi książkami, oscylującymi najczęściej w tych mroczniejszych tematach i lubię wtedy sięgnąć po coś, co dostarczy mi samych pozytywnych emocji. Nie jest to jednak tak proste zadanie, jak mogłoby się wydawać, bo jednocześnie ta historia musi być też niebanalna i koniecznie pozbawiona zbędnego patosu czy wzniosłych przeżyć. I ostatnio przyszła mi z pomocą najnowsza książka Clare Pooley o intrygującym tytule „Grzeczni już byliśmy”, która okazała się być strzałem w dziesiątkę, a nawet w jedenastkę. Cud, miód i zaskakująco dużo szydełkowania – koniecznie czytajcie dalej!

Sięgając po książkę „Grzeczni już byliśmy” liczyłam się, że otrzymam typową powieść o sympatycznych staruszkach, jednoczących się w ramach jakiegoś abstrakcyjnego problemu. Nic jednak bardziej mylnego, szczególnie gdy główną bohaterką powieści jest siedemdziesięcioletnia Daphne, odbiegająca od stereotypu starszej pani tak dalece, jak to tylko możliwe. W dniu swoich urodzin dochodzi do wniosku, że przydaliby się jej przyjaciele, bo ile można być samowystarczalną i jedynie podglądać swoich sąsiadów na kamerach monitoringu. I co wówczas czyni? Nie, nie zaczepia nikogo, tylko kupuje zwyczajną białą tablicę, zestaw pisaków, za pomocą których tworzy strategiczny plan zdobycia przyjaciół. Bowiem Daphne jest mistrzynią strategii i to wychodzi jej wprost znakomicie.

Nie spodziewa się jednak, że trafiając na pierwsze spotkanie klubu seniora w osiedlowym ośrodku kultury, od razu wpadnie w wir zaskakujących wydarzeń – i to przede wszystkim zaskakujących ją samą. Ale bądźmy szczerzy, raczej nikt w tych okolicznościach nie jest gotowy na niespodziewane oberwanie się stropu, będące pośrednią przyczyną śmierci jednej członkini klubu, co staje się doskonałym przyczynkiem dla gminy dążącej do zamknięcia tego przybytku, gdyż na ziemię czają się już zachłanni deweloperzy. A że Daphne, chociaż jeszcze nie przyzna tego nawet sama przed sobą, już od pierwszego spotkania czuje zaskakującą więź między spotykającymi się tam osobami. Nic jednak dziwnego, tak barwnego zestawu bohaterów dawno nie widziałam.

I to właśnie w bohaterach tkwi cała magia tej powieści. Z racji wieku każdy z seniorów dźwiga na swoich barkach potężny bagaż doświadczeń, częściej ich przytłaczających niż wznoszących, ale próbujących sobie radzić z życiem na własne sposoby. To niezwykle rozczulające fragmenty, opierające się na wzajemnym szacunku i wieloletniej przyjaźni, na wytrwałości w dążeniu do szczęścia, ale też chwilach zwątpienia i smutku, kiedy obecność drugiego człowieka ma największe znaczenie. Oprócz klubu seniora w gminnym ośrodku znajduje się również przedszkole, którego podopieczni także chcą brać udział w działaniach mających na celu obronę wspólnego miejsca. I zarówno jedni jak i drudzy, grzeczni już byli… A i co najważniejsze, jest też pies, który kradnie każdą scenę, a przy tym serca głównych bohaterów, chociaż absolutnie każdy z nich zarzekał się, że to nie nastąpi. Któż jednak oparłby się psu wabiącemu się Margaret Thatcher.

Jak dorosnę, to chciałabym stać się taką seniorką jak Daphne, postać niezwykle tajemnicza, której przeszłość budujemy z niewielkich fragmentów, które czasem jej się nieopatrznie wyrwą. Pewności siebie, chęci do działania i niezwykłej charyzmy nie można jej odmówić, a w codziennym życiu jej niezwykle barwny język pozwala jej wychodzić obronnie z wielu sytuacji. I chociaż najtrudniej jej to przyznać samej przed sobą, jej zaangażowanie w sprawy klubu, ośrodka i osób z nim związanych staje się jej motorem napędowym, aż ma się wrażenie, że jest ona kobietą wprost nie do zatrzymania i że absolutnie wszystko idzie zawsze po jej myśli. Jest to jednak mylne wrażenie, z każdą kolejną stroną mamy wrażenie, że pętla wokół niej zaciska się coraz bardziej, chociaż przez większość czasu nie mamy pojęcia, dlaczego tak się dzieje.

„Grzeczni już byliśmy” dzielnie towarzyszyła mi w podróży pociągiem z Krakowa do Gdańska, chociaż po fakcie okazało się, że nie było to dla niej najlepsze miejsce. Bowiem pomimo lekkiego stylu i mnóstwa humoru, nie udało mi się uciec od wzruszenia, które ogarniało mnie coraz wyraźniej, im mniej stron zostało mi do przeczytania. I tak, skończyłam ją, ocierając łzy i ignorując zaniepokojone spojrzenia współpasażerów, zupełnie jakby nigdy sami nie wzruszali się na powieściach. Jest to książka kompletna, dostarczająca mi całego wachlarza emocji, którymi żyłam jeszcze długo po zakończeniu jej lektury. Jeśli szukacie nieodkładalnej i lekkiej historii, ta książka jest dla Was. Polecam z całego serduszka.

/*współpraca barterowa z wydawnictwem Znak Literanova / dziękuję za egzemplarz do recenzji.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *