Zaczytana Madusia: „Była sobie dziewczyna. Poruszająca historia Carolyn Bessette-Kennedy” Elizabeth Beller – recenzja
Złota polska jesień, a ja zamiast korzystać i zachwycać się jej pięknem, żyję ostatnio w trybie praca-łóżko. I to nawet bez książek, bo patrzenie na literki mnie nuży, a najlepszą alternatywą jest gapienie się w pustą ścianę. Tak to bywa, gdy w głowie kłębi się za dużo myśli, których nie ma czasu poukładać na spokojnie w odpowiednich szufladkach. Na szczęście, mijający weekend wreszcie pozwolił mi na wypoczynek (tak, spędziłam całą sobotę na kanapie czytając, co przełożyło się na pochłonięcie dwóch książek) i wreszcie z odrobiną energii i jaśniejszym spojrzeniem w przyszłość, mogę usiąść do pisania. Zaległości mam co niemiara, ale liczę, że „Była sobie dziewczyna” będzie dobrym początkiem! Koniecznie czytajcie dalej!

Nazwisko Kennedy od kilkudziesięciu lat rozpala zbiorową wyobraźnię. Jest synonimem sukcesu, bogactwa i piękna, ale jednocześnie też wysokiej ceny, którą płacą za te wszystkie przywileje. I chociaż na pierwszy rzut oka wydają się być bez skazy, to nie sposób uciec od myśli, że nad ich rodziną wisi swego rodzaju klątwa, przejawiająca się w tragicznych śmierciach jej członków. Prezydent JFK jest tego koronnym przykładem, ale innych nietypowych zgonów w rodzinie nie brak. Jego syn, noszący te same imiona, również nie dane miał dożyć starości. Wraz z żoną i jej siostrą zginęli w katastrofie lotniczej u wybrzeży, kiedy to właśnie mężczyzna siedział za sterami małego samolotu. Ich ciała odnaleziono po kilku dniach, a Ameryka pogrążyła się w żałobie, chowając kolejnego złotego chłopca.
Od tych właśnie tragicznych wydarzeń rozpoczyna się niezwykła książka Elizabeth Beller „Była sobie dziewczyna. Poruszająca historia Carolyn Bessette-Kennedy”. Przyznam się szczerze, że Carolyn była dla mnie całkowicie nieznaną postacią, nie kojarzyłam jej zupełnie, a jeśli gdzieś się na nią natknęłam, nie zwróciłam na nią większej uwagi. I dlatego też lektura jej biografii, bo, de facto, tym właśnie jest ta opowieść, tak bardzo mnie wciągnęła.
Elizabeth Beller wykonała kawał rzetelnej roboty, kontaktując się z wieloma osobami, dostając na wyłączność niektóre relacje rodziny, przyjaciół i współpracowników Carolyn, za pomocą których odmalowuje portret kobiety z krwi i kości, a nie tylko wykreowany wizerunek żony syna TEGO Kennedy’ego. Mam jednak spory problem z jej oceną, bowiem książka określana jako poruszająca historia o cenie sławy, seksizmie, sile medialnych narracji i kobiecie, która przez całe swoje życie próbowała zachować własną tożsamość, w moim odczuciu okazała się czymś zupełnie innym.
Odczarowywanie mitów przez autorów najczęściej okazuje się niebezpieczną zabawą, bo często popadamy albo popadają w skrajności albo próbując udowodnić swoją rację, często te mity potwierdzają. I tak właśnie odbieram opowieść o Carolyn – w mediach najczęściej przedstawiano ją jako zimną, niedostępną księżniczkę, której tabloidy nie pozwalały na chwilę wytchnienia, ale w rzeczywistości opisywanej przez Beller jej wizerunek ulega tylko nieznacznej zmianie, często wręcz potwierdzając zarzuty, z którymi musiała mierzyć się Carolyn.
Nie da się jednak zaprzeczyć, że „Była sobie dziewczyna” opowiada o Carolyn Bessette, skupiając się w znacznej części na jej dzieciństwie, okresie dojrzewania i pierwszych latach dorosłości, gdy sama parła do przodu, rozpychając się szybko łokciami w świecie mody. Jej nieskazitelny wizerunek, wysoki wzrost, jasne włosy i błękitne oczy zdecydowanie nie przeszkadzały, ale nie można powiedzieć, że osiągała sukcesy włącznie za pomocą swojej urody. Częściej nawet była ona dla niej problemem, zdecydowanie lepiej odnajdywała się w rolach zakulisowych, gdzie jej opiekuńczość, empatia i zdolności organizacyjne sprawdzały się najlepiej. Kiedy poznała JFK Jr. miała już ugruntowaną pozycję w nowojorskim środowisku i wcale nie potrzebowała więcej rozgłosu. Wiążąc się jednak z postacią, która w amerykańskiej ikonografii zapisała się jako mały chłopiec salutujący przy trumnie swojego zamordowanego ojca, mogła spodziewać się, że świat oszaleje na jej punkcie.
Lata dziewięćdziesiąte, szczególnie ich druga połowa, to prawdziwe złote czasy paparazzi nie uznających absolutnie żadnych granic. W Europie to szaleństwo nieco przycichło po tragicznej śmierci księżnej Diany, w Ameryce jednak trwało dalej, przesuwając granice coraz dalej i dalej. A Carolyn Bessette nie chciała grać w ich grę, nie odnajdywała się w zabawie z dziennikarzami, nie prowadziła z nimi dialogów ani flirtów, chciała po prostu mieć spokój. I im bardziej go pragnęła i się wycofywała, tym mocniej na nią naciskali. Nikt nie wytrzymałby takiego napięcia, stąd moje pełne zrozumienie dla kobiety, która chciała żyć na własnych zasadach, bez względu na to, kogo poślubiła.
A propos ślubu, to wydarzenie w życiu Carolyn i Johna jawi się jako najpiękniejsze wspomnienia i zapewne jedne z najpiękniejszych chwil w ich życiach, bowiem wszystko było dokładnie tak, jak sobie to wymarzyli. To wtedy właśnie mogli żyć swoim wymarzonym życiem, gdy w szczęściu towarzyszyli im jedynie najbliżsi, bez żadnych niepokojących nalotów nachalnych dziennikarzy. Zdjęcia z tego wydarzenia, zmieszczone w książce, powodują uśmiech i rozczulenie nad prostotą gestów – emanuje z nich prawdziwe uczucie i niczym nieskrępowana radość.
„Była sobie dziewczyna. Poruszająca historia Carolyn Bessette-Kennedy” wzbudziła we mnie wyjątkowo mieszane uczucia. Z jednej strony czytałam ją jednym tchem, nie mogąc się oderwać od lektury, a z drugiej nie potrafiłam polubić samej Carolyn, jawiącej się głównie jako idealna i nieskazitelna kobieta, co skutecznie odbierało mi chwilami radość z samej lektury. I chyba właśnie ten paradoks, to zderzenie sympatii z niechęcią sprawiło, że ciężko jednoznacznie ocenić mi ten tytuł. Pomijając moje odczucia co do tytułowej dziewczyny, to jako biografia zasługuje na mocne 8/10! I tak, polecam!
/*współpraca barterowa z wydawnictwem Muza/ dziękuję za egzemplarz do recenzji.



