Zaczytana Madusia: „Dolina czarownic” Michał Zgajewski – recenzja
Czasem mam wrażenie, że niektórzy autorzy piszą książki tylko po to, żeby rzucać swoim bohaterom najbardziej wymyślne kłody pod nogi i sprawdzać, czy dadzą radę przeżyć. Zaliczam do tego grona Michała Zgajewskiego, który wprowadzając na polską scenę kryminału postać prywatnego detektywa Norberta Krzyża nie daje mu odetchnąć nawet na moment. „Dolina czarownic”, już czwarty tom jego przygód, nie jest pod tym względem wyjątkiem. Znów się dużo dzieje wokół Krzyża. Zapraszam na recenzję!

W trzech pierwszych tomach przygód prywatnego detektywa Norberta Krzyża działo się tyle, że miałam nadzieję, iż w czwartym zostanie nieco oszczędzony. Zawiodłam się jednak na całej linii, bowiem już początkowe strony „Doliny tajemnic” wprowadziły mnie w mroczny nastrój, tak charakterystyczny dla twórczości Michała Zgajewskiego i przedstawianego przez niego Beskidu Żywieckiego, w którym to ciągle pada. Tym razem deszcz i to właśnie w jego strugach zostaje znalezione zakrwawione ciało nagiej kobiety. Szybko okazuje się, że ostatnią osobą, z którą miała kontakt, był znajomy nam detektyw, więc z miejsca staje się jednym z podejrzanych. Mówiłam, że chłop nie ma lekko. A to dopiero początek jego zmagań, ciągle niebezpiecznie powiązanych z Czarnym Domem, znanym z poprzednich tomów. Ten wątek mocno spaja całą historię, więc zdecydowanie warto być na bieżąco z lekturą wcześniejszych książek.
Norbert Krzyż to taka typowa „zosia-samosia”, która chce wszystko robić sama, łapiąc jednocześnie kilka srok za ogon, że tak już dokończę powiedzeniem. Tym razem zyskał zaskakującego wspólnika w rozwiązywaniu sprawy morderstwa w postaci młodego i wyjątkowo nadgorliwego aspiranta Szczepana Brysia. Ta niespodziewana znajomość będzie owocowała w niespodziewane zwroty akcji i przyniesie zaskakujące konsekwencje. Mnie osobiście Bryś zupełnie nie przypadł do gustu, to jego nadskakiwanie nie mogło wróżyć niczego dobrego, aczkolwiek ocenę pozostawiam innym czytelnikom, może to między nami coś nie pykło.
Cieszę się, że nasz prywatny detektyw wreszcie miał trochę szczęścia w sprawach rodzinnych i jego kontakt z córką, o pięknie brzmiącym staropolskim imieniu Jessika, uległ poprawie. Aczkolwiek Norbert w roli odpowiedzialnego opiekuna ciągle ma sporo braków do nadrobienia, chociaż wina rzadko leży po jego stronie. Takie chłop ma życie, że ciężko w nim o stabilizację. Bo wziąwszy pod uwagę fakt, że zaangażował się w rozwiązanie sprawy morderstwa swojej niedoszłej pracownicy (kobieta chciała u niego pracować jako testerka wierności, ale zanim doszło co do czego, to ktoś się jej pozbył), ma swoje zwykłe zlecenia w pracy, które też zabierają mu sporo czasu, szczególnie gdy okazuje się, że zdradzany mąż wpakował się w większe bagno niż można się było spodziewać (ukraińska mafia itp.), a na horyzoncie coraz wyraźniej maluje się sprawa Czarnego Domu, niebezpiecznie powiązanego z miejscowymi legendami. Tak, tych też nie brakuje, tym razem o paleniu czarownic (o czym wprost mówi sam tytuł) nieopodal Skrzycznego. Nie zapominajmy bowiem o tym, że pierwsza część przygód Norberta Krzyża była reklamowana jako kryminał ze słowiańskim twistem. I autor jest w tym konsekwentny, w każdym tomie dowiadujemy się czegoś mrocznego z legend krążących po okolicy. To lubię.
„Dolina tajemnic” niebezpiecznie igra z ogniem, mimo bezustannego szumu padającego deszczu. To książka pełna niepokoju i tajemnic, o których nie chce się rozmawiać nawet szeptem. Momentami duszna, ale wciągająca jak diabli. Michał Zgajewski nie bawi się w półśrodki, nie bierze też jeńców, tylko od razu rzuca się na gołe klaty – tak właśnie wygląda ten czwarty tom przygód naprawdę sympatycznego, chociaż mającego wyjątkowo pod górkę, detektywa Norberta Krzyża. I tylko bez odpowiedzi pozostaje pytanie, czy doczekamy się jego kolejnych dokonań…. Zdecydowanie polecam wybrać się razem z nim w ten mroczy świat Beskidu Żywieckiego. Nie będziecie żałować!
/*współpraca barterowa z wydawnictwem Agora/ dziękuję za egzemplarz do recenzji.



