Zaczytana Madusia: „Martwy punkt” Aro Sáinz de la Maza – recenzja przedpremierowa
Wielkie turystyczne miasta kojarzą się najczęściej z piękną pogodą, radosnym gwarem, wielojęzycznym tłumem i beztroskim czasem. Szczególnie stolica słonecznej Katalonii budzi wyjątkowo pozytywne skojarzenia, więc ciężko nam wyobrazić sobie jego mroczną stronę, z którą zetkniemy się boleśnie w drugim tomie „Morderstw w Barcelonie”. Pierwszym tom, „Kat Gaudiego” mnie zachwycił i w związku z tym moje oczekiwania były naprawdę spore. Czy Aro Sáinz de la Maza utrzymał wysoki poziom, a życie inspektora Milo Malarta uległo poprawie? Zapraszam na recenzję!

Niebo nad Barceloną zasnuły ciemne chmury, z których nieprzerwanie pada deszcz. Miasto nie jest już bezpieczną przystanią, niepokój i niezadowolenie mieszkańców rozlewa się na dookoła, a przygnębiający nastrój wpływa wyjątkowo negatywnie na otoczenie. Niedobór słońca i ciepła sprawia, że w ludziach budzą się demony, szczególnie gdy ich sytuacja materialna gwałtownie się pogarsza w związku z postępującym kryzysem gospodarczym. Barcelona przestaje jawić się jako bezpieczna przystań, stając się raczej tonącym okrętem, z którego nie sposób uciec.
Wydawać by się mogło, że odnalezienie zwłok młodej studentki prawa na jednym z barcelońskich wzgórz wstrząśnie społecznością miasta, ale zdecydowanie bardziej poruszająca opinię publiczną staje się sprawa makabrycznych ataków na psy, których bestialsko okaleczone ciała są podrzucane w miejskich parkach. Inspektor Milo Malart czuje się osobiście dotknięty ludzką naturą i wyjątkowo mocno angażuje się w rozwiązanie sprawy śmierci dziewczyny. W poszukiwaniu odpowiedzi będzie zmuszony zmierzyć się z przejmującą biedą, bezradnością i rozpaczą, gdy rodziny nagle zostają pozbawione środków do życia i ich jedynym celem staje się przetrwanie. Te rozdzierające momentami serce wyprawy utwierdzą tylko inspektora, że życie jest niesprawiedliwe i nasz wpływ na nie jest bardzo ograniczony.
Milo, obciążony rodzinnym piętnem choroby, usiłuje zorganizować pomoc dla pogrążającego się w cierpieniu brata, decydując się na powielenie schematu, który musiał zastosować w przypadku ich ojca. Sam inspektor buduje wokół siebie coraz wyższy mur, aby tylko nie dopuścić, żeby ktoś potencjalnie mógł ucierpieć w przypadku wystąpienia u niego objawów, które niekoniecznie muszą się pojawić. Taka izolacja powoduje, że mężczyzna sprowadza swoje życie do smutnej egzystencji, ograniczonej jedynie do kilku stale powtarzanych czynności, chociaż pojawi się ktoś, kto niespodziewanie mocno namiesza mu w życiu. Koleś to absolutnie najjaśniejszy promyczek tej naprawdę przygnębiającej opowieści. Bo serio, dominuje tu bezwzględność, okrucieństwo, beznadzieja, więc przygotujcie się na naprawdę dużą dawkę trudnych emocji. To jedna z tych książek, którą wiele razy chce się odłożyć, żeby chociaż na chwilę wyrwać się z jej przytłaczających objęć, ale jednocześnie ciekawość na to nie pozwala, bo ciągle mamy nadzieję, że los się musi odmienić. Tylko życie to nie piosenka i nie film, tutaj happy-end wcale nie musi być szczęśliwy
„Martwy punkt” klimatem bardzo odbiega od tego, z czym mieliśmy do czynienia w „Kacie Gaudiego”, chociaż żadna z tych opowieści do najprostszych nie należy. Teraz jednak jest zdecydowanie mroczniej, miasto przestaje być bezpiecznym miejscem, szczególnie gdy zapadnie zmrok – wówczas wszystkie koszmary wydają się wypełzać z cienia. Ta historia oplata czytelnika jak pajęcza sieć i trudno się z niej wyzwolić, nawet po jej zakończeniu. Aro Sáinz de la Maza zdecydowanie znów mnie zachwycił, chociaż jest ten zachwyt wyjątkowo gorzki.
Premiera jutro, 22.04.
/*współpraca barterowa z wydawnictwem SQN / dziękuję za egzemplarz do recenzji.



