Zaczytana Madusia: „Wdowa” Helene Flood – recenzja
Od wczoraj rozkoszuję się ciszą i spokojem Dolnego Śląska, siedząc sobie w małym domku tuż przy lesie. Dziś głównie odpoczywałam, ale jutro zamierzam wyruszyć w teren, bowiem tyle tu pięknych miejsc, że ciężko się zdecydować na to, co zobaczyć w tak krótkim czasie, jaki przyszło nam tu spędzić. Mam nadzieję, że wreszcie uda nam się trafić do zamku Książ, bo ostatnio sporo znów czytałam o księżnej Daisy. Zanim jednak do tego dojdzie, czas na kolejną mroczną opowieść i to zupełnie inną niż te, o których dotychczas pisałam. „Wdowa” Helene Flood zaprasza na recenzję!

Świat Evy skurczył się diametralnie po niespodziewanej śmierci męża. Co prawda, w jego wieku zawał serca nie wydaje się być czymś wyjątkowo niespodziewanym, mimo to, budzi pewne wątpliwości. Szczególnie, gdy po autopsji okazuje się, że w jego organizmie nie ma śladu leków (w tym tych na serce), które przecież regularnie przyjmował. Evy jest pewna, że widziała je w łazienkowej szafce, gdy sięgała po swoje, mające za zadanie ulżyć jej w cierpieniu, ale teraz ich tam nie ma. Kolejne drobne incydenty w ogromnym i ponurym domu rodzinnym Erlinga, w którym przyszło im wspólnie żyć, coraz bardziej pogłębiają paranoję i niepewność kobiety, co do własnych doświadczeń.
Evy zaczyna tracić wiarę w swój osąd i własną ocenę, zatracając się w niespokojnych myślach, które jak wolne elektrony kotłują się w jej głowie. Sprawy nie ułatwia policyjne dochodzenie, w którym kobieta czuje się jak główna podejrzana, mimo iż sama pragnie odkryć, co tak naprawdę działo się z jej mężem. Powolutku odkrywamy, jakie relacje kształtowały codzienne życie małżonków, jesteśmy świadkami ich oddalania się od siebie, wszechogarniającej ciszy, w której pogrążali się z każdym dniem coraz głębiej. Fragmentaryczne przebłyski pamięci Evy pozwalają nam zrozumieć, iż problem tkwi znacznie głębiej niż tylko w monotonii czy przyzwyczajeniu.
„Wdowa” to niezwykle klaustrofobiczna opowieść, przepełniająca czytelnika uczuciem niepokoju i brakiem jakiejkolwiek stabilizacji. Każda nowa informacja jest traktowana z dużą dozą ostrożności, nie ufamy żadnej z pojawiających się postaci, mając wrażenie, iż wszyscy grają tylko na siebie, zupełnie nie licząc się z innymi. Dodatkowo sama Evy w miarę rozwoju akcji wydaje się coraz bardziej niestabilna, a jej sielankowe wyobrażenie rodziny okazuje wyłącznie iluzją, czego doskonałym dowodem jest sprawa zmienionego niedługo przed śmiercią testamentu Erlinga. Dopiero to staje się triggerem, popychającym całą akcję do przodu.
Wyjątkowość tego thrillera tkwi w jego niesamowitym klimacie, wynikającym z nietypowej narracji, pogłębiającej wszechobecne poczucie paranoi. W większości nie mamy pewności, czy to, o czym aktualnie się dowiadujemy, miało miejsce naprawdę, a co jest jedynie powidokiem prawdziwych wydarzeń. Oprócz tego siła „Wdowy” opiera się na relacjach, a raczej ich braku, czego doskonałym przykładem jest nie tylko samo małżeństwo, ale przede wszystkich trójka ich dzieci. Moim zdaniem, to najbardziej zaskakujący wątek całej powieści, zasługujący na szczególne docenienie, ale musicie osobiście się o tym przekonać. Na zachętę dodam tylko, że nieczęsto można doświadczyć tak oryginalnie poprowadzonej i zaskakującej historii.
„Wdowa” jest thrillerem, który stanowi klasę samą w sobie i ciężko jest mi go porównać do jakiegokolwiek innego, co świadczy o nim naprawdę dobrze. To moje pierwsze spotkanie z twórczością Helene Flood, ale muszę koniecznie sięgnąć po jej wcześniejsze powieści, tak mnie zaintrygował jej talent snucia mocno psychologicznych historii. „Wdowa” długo po przeczytaniu tkwiła mi w pamięci i myślę, że ciężko będzie mi o niej zapomnieć. Na pewno kiedyś chciałabym do niej wrócić, bo coś czuję, że odbiór tej historii, gdy zna się już jej przebieg, pozwoli odkryć zupełnie inne jej oblicze. Zdecydowanie warto się zdecydować na tę podróż!
/*współpraca barterowa z wydawnictwem Agora/ dziękuję za egzemplarz do recenzji.



