Zaczytana Madusia: „Fiolet. Kolory zła” Małgorzata Oliwia Sobczak – recenzja
Lepiej późno niż wcale, więc czemuż by nie to końcówka sierpnia miała się stać nowym początkiem pełnym przeróżnych postanowień, odkładanych od kilku miesięcy? Metoda „drobnymi kroczkami” jakoś się nie sprawdziła, więc może znów trzeba postawić na grubą krechę i wziąć się w końcu w garść, wszak do kryzysu wieku średniego jeszcze mi daleko – a przynamniej taką mam nadzieję. I dzisiaj, w ramach odgruzowywania się ze wstydliwych zaległości, przychodzę z recenzją siódmego tomu serii „Kolory zła” autorstwa Małgorzaty Oliwii Sobczak. Czas na „Fiolet”!

Nagie zwłoki młodej kobiety z zabytkową monetą zaciśniętą w dłoni. Starannie poskładane ubrania, dokumenty i kwiat hibiskusa nieopodal. Brak śladów, brak świadków, a przecież okolice sopockiej Opery Leśnej do odludnych miejsc zdecydowanie nie należą. I niespodziewany zbieg okoliczności, gdy akurat wezwano dwójkę prokuratorów, których łączą dawna zaszłości i malutka córeczka, a dzielą niesnaski z przeszłości. Tak, na miejscu zbrodni pojawiają się jednocześnie nasi dobrze znani bohaterowie – prokuratorzy Leopold Bilski i Anna Górska, będący obecnie w separacji, przez co sama sytuacja staje się mocno niezręczna. Każdy jednak jest tu profesjonalistą, więc odkładając na bok wzajemne animozje, biorą się do współpracy. A wraz z nimi rozbudowany zespół specjalistów kryminalistki, potrafiących znaleźć igłę w stogu siana. Zapowiada się prawdziwa jazda bez trzymanki!
A tak przynajmniej mogłoby się wydawać, patrząc po wszystkich wcześniejszych Kolorach Zła, które wyjątkowo wysoko sobie cenię. W przypadku „Fioletu” mam mocno mieszane uczucia, tym razem nie wszystko mi zagrało, ale traktuję to jako wypadek przy pracy, bo w każdej serii może zdarzyć się coś słabszego. Traktuję „Fiolet” jako taki tom przejściowy, muszący mieć miejsce, aby główni bohaterowie mogli na nowo odnaleźć swoje miejsce w tej historii. Bo jak uwielbiam Bilskiego i jak toleruję Górską, tak w tej powieści uważam ich za zdecydowanie najsłabsze ogniwo i żałuję, że tak często pojawiali się na kartach powieści. Momentami ich zachowania były na poziomie znanym z podstawówki, a nie dwójki dojrzałych osób, które łączy wspólna przeszłość i małe dziecko. Aczkolwiek rozumiem wpływ pandemii na ich związek, ciągle przebywanie razem w jednym domu i wspólna praca zdalna stanowią prawdziwe wyzwanie, które nie jest tak proste i przyjemne, jak to może się wydawać na pierwszy rzut oka. Wcale, a wcale!
Cieszę się jednak, że więcej czasu otrzymały postacie drugoplanowe, jak Pająk i Kita, którzy zawsze potrafią mnie rozbawić. Podoba mi się też rozwój Janki Hinc, której nie wróżyłam dłuższej kariery, ale odnalazła się w fabule całkiem zgrabnie. I jak zawsze chylę czoła nad riserczem przeprowadzonym przez Małgorzatę Oliwię Sobczak, dzięki czemu w jej książkach zawsze można dowiedzieć się o nowinkach w dziedzinie kryminalistyki, bo możliwości badań i zbierania śladów chwilami naprawdę zapierają dech w piersiach, jakie to cuda można teraz robić. Ucząc się na studiach tego przedmiotu nie spodziewałam się, że ta dziedzina aż tak szybko pójdzie do przodu, ale nie ukrywajmy – minęło już niemal dwadzieścia lat, kiedy wertowałam podręczniki w tej dziedzinie.
„Fiolet” mimo nieco słabszej formy, ciągle trzyma napięcie, a historie z przeszłości intrygują. Najciekawszym wątkiem jest zdecydowanie ten związany z fizyczką cierpiącą na neurogenną utratę wzroku i możliwość postrzegania świata poprzez pozostałe zmysły, co daje naprawdę interesującą perspektywę, która wyjątkowo rzadko pojawia się w thrillerach. To też jedna z cech twórczości autorki, którą niezwykle w niej cenię i cieszę się, że jej lektury oprócz rozrywki dostarczają także wiedzy i nowych doświadczeń, nieznanych mi zupełnie. Każdy Kolor Zła uczy mnie czegoś nowego, a dzięki przystępnej formie, sprawia mi to prawdziwą przyjemność.
„Fiolet” nie będzie należał do grona moich ulubionych Kolorów, chociaż w prawdziwym życiu ostatnio najczęściej wybieram właśnie ten odcień. Nie znaczy to jednak, że to jest słaba historia – przeciwnie – czyta się ją z zapartym tchem i ciężko się od niej oderwać. Sama przeczytałam ją w jeden wieczór, zachwycając się warstwą psychologiczną (stojącą, jak zawsze, na najwyższym poziomie) i konstrukcją intrygi, która mocno mnie wciągnęła. Gdyby tylko Bilski i Górska i ich życiowe rozterki mnie tak nie irytowały, to byłabym pełna zachwytów. Nawet pomimo zakończenia, za którym akurat nie przepadam, ale trzeba przyznać, że w tej historii dobrze się wpasowało w całą fabułę. Liczę jednak, że w kolejnym Kolorze Zła prokuratorzy już się ogarną i znów wszystko będzie w pełni grało. A i tak polecam, bo to kawał naprawdę świetnego thrillera!
/*współpraca barterowa z wydawnictwem W.A.B./ dziękuję za egzemplarz do recenzji



