Zaczytana Madusia: „Buckeye. Tajemnica małego miasteczka” Patrick Ryan – recenzja przedpremierowa
Ostatni tydzień wakacji rozpocznijmy kolejną przedpremierową recenzją, tym razem zmieniając jednak gatunek na literaturę piękną. Dawno nic w tym temacie się nie pojawiło, bo przyznam się, że nie czytam jej za wiele, ale jak już na coś się zdecyduję, to zawsze budzi we mnie sporo pozytywnych emocji. Nie inaczej jest w przypadku powieści Patricka Ryana „Buckeye. Tajemnica małego miasteczka”, które zaskoczyło mnie pod tak wieloma względami, że momentami będzie mi trudno znaleźć odpowiednie słowa, żeby wyrazić te wszystkie odczucia. Niemniej spróbuję, bo ta powieść jest tego warta!

Północno-zachodni zakątek amerykańskiego stanu Ohio, sześciotysięczne miasteczko Bonhomie i upragniona wiadomość o zakończeniu działań wojennych w Europie. Margaret Salt, chcąc posłuchać radiowego komunikatu, wchodzi do sklepu, w którym pracuje Cal Jenkins. Oszołomiona radością, niespodziewanie wymienia z mężczyzną niewinny pocałunek, jakich zapewne wiele pojawiło się w tym momencie na świecie. Żadne z nich nawet nie podejrzewało, jak bardzo ta jedna spontaniczna chwila namiętności, namiesza w życiu ich i ich najbliższych.
„Buckeye. Tajemnica małego miasteczka” stoi siłą jego bohaterów – zwyczajnie niezwyczajnych, poranionych i cierpiących, dźwigających w swoich sercach tajemnice, lęki i nadzieje, którymi wolą się nie dzielić. Cal Jenkins od samego dzieciństwa był wyjątkowy, w sposób absolutnie zauważalny dla wszystkich, gdyż urodził się z jedną nogą krótszą od drugiej i to aż o pięć centymetrów. Ta ułomność zawsze mu ciążyła, szczególnie w czasach wojennych, gdy nie mógł zaciągnąć się do wojska, zadowalając się wyłącznie służbą cywilną, niespełniającą jego oczekiwań. Jego żona, Becky, została obdarzona przez los niezwykłą umiejętnością porozumiewania się ze zmarłymi, czego sama nie potrafiła do końca pojąć, a w co powątpiewał Cal. Nie traktując jej poważnie doprowadził do konfliktu między nimi, którego nawet narodziny syna nie potrafiły rozwiązać. W takim właśnie stanie rzeczy los zetknął go z Margaret, kobietą nieszablonową i pełną temperamentu, jakże różną od tych, które spotykał na co dzień. Owszem, też związana była węzłem małżeńskim, ale jej mąż przebywał obecnie na wojnie i tam przeżywał własne dylematy, znacząco oddalające go od żony.
Patrick Ryan nie oszczędzał swoich bohaterów, traktując ich jednak z niesamowitą czułością, która sprawia, że po kilkudziesięciu stronach powieści, przesiąkamy nią na wskroś i nie możemy się od niej oderwać. Początkowe strony czytałam ze sporym sceptycyzmem, nie widziałam nic odkrywczego w tej historii, rozważałam nawet zmianę na coś innego, dopóki nie złapałam się na tym, że małomiasteczkowa atmosfera otoczyła mnie szczelnym kokonem, a ja trzymałam kciuki, żeby bohaterowie zaznali wreszcie odrobiny szczęścia i spokoju.
Śledzenie czasów powojennych poprzez pryzmat Bonhomie, pozwala dostrzec małomiasteczkowe problemy zwyczajnych ludzi, w czasie, gdy światem nieprzerwanie targają wielkie przemiany. Przyznam się szczerze, że najtrudniejszy, a zarazem najciekawszy okazał się dla mnie okres związany z wojną w Wietnamie, tak bolesny i zupełnie niezrozumiały. Śmierć tysięcy młodych chłopców, ginących w nieswojej walce, po powrocie zmagających się z traumami nieporównywalnie większymi do tych, które nabyli żołnierze w trakcie drugiej wojny światowej – to zawsze bardzo mnie porusza. Nie będzie to również prosty czas dla głównych bohaterów, szczególnie gdy do głosu dojdzie kolejne pokolenie, obciążone nieswoimi tajemnicami. Konfrontacja wydaje się być nieunikniona.
„Buckeye. Tajemnica małego miasteczka” emocjonalnie kopie czytelnika po nerkach i dokłada jeszcze ciosy w samo serduszko. Nie znajdziecie tu nic przełomowego, żadnych zaskakujących zwrotów akcji, tylko rzetelne studium uczuć i emocji, tkwiących głęboko w człowieku. Jest to opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości i zmierzeniu się z nią, o miłości i o wybaczeniu, o tęsknotach i nadziei, a także o stracie i tym, co po niej zostaje. Tutaj nic nie jest dane na zawsze, kruchość losu potrafi przytłoczyć nawet najbardziej pewnych siebie, a pamięć nie pozwala zapomnieć, choćbyśmy nie wiadomo jak bardzo tego pragnęli. Siła tej powieści tkwi w prostocie i bezkompromisowości, a towarzyszące jej emocje nie pozwalają zapomnieć o lektury długo po tym, jak zatrzasnęliśmy okładki. Polecam z całego serduszka, otwórzcie się na „Buckeye. Tajemnicę małego miasteczka” – nie pożałujecie ani sekundy spędzonej z tą historią.
/*współpraca barterowa z wydawnictwem Filia Literacka / dziękuję za egzemplarz do recenzji.



