Zaczytana Madusia: „Inna. Opowieść o Zofii Stryjeńskiej” Sylwia Winnik – recenzja
Za niecały tydzień odbędą się Targi Książki w Krakowie. Wydarzenie, którego szczerze nie znoszę, a mimo to, w ostatnich latach coraz częściej biorę w nich udział. I to niejeden raz, bo dzieli mnie od nich raptem kilkunastominutowa jazda autobusem, oczywiście bez korków, które w weekend skutecznie utrudniają tam dojazd. Niewiele dobrych słów mogę napisać o tym wydarzeniu, ale zawsze po cichu liczę, że może w tym roku będzie nieco lepiej. I teraz też mam taką nadzieję, chociaż dopóki miejsce nie ulegnie zmianie, ciężko będzie mówić o poprawie warunków. Nie narzekam jednak na zapas, bowiem teraz zachęcam do przeczytania niezwykłej powieści o Zofii Stryjeńskiej, która wyszła ostatnio spod pióra Sylwii Winnik. Warto!

W niektórych ludziach tkwi głęboko wrodzony niepokój, niepozwalający na zagrzanie stałego miejsca, ciągle tylko pchający człowieka przed siebie. Brak możliwości osiągnięcia spokoju, odnalezienia swojego kawałka świata, zbudowania bezpiecznego schronienia, do którego można powrócić w ciężkich chwilach. Bez przerwy tylko gna i gna przed siebie, nie wiedząc po co i dokąd. Taka właśnie była bohaterka najnowszej powieści Sylwii Winnik „Inna. Opowieść o Zofii Stryjeńskiej”.
Zofia, a właściwie Zocha, bo tak chciała być nazywana i po takim imieniem najczęściej ją kojarzymy, nie uznawała kompromisów i zawsze stawiała na swoich. Od najmłodszych lat większość czasu spędzała z ołówkiem w ręku, wprawiając się w szkicach i pragnęła kształcić się za granicą w tym właśnie kierunku. Zrobiła to oczywiście po swojemu, w męskim przebraniu wyjechała do Monachium, by studiować na tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych, gdzie kobiety nie miały wstępu. Po roku, bojąc się ostatecznego rozpoznania, wróciła do królewskiego miasta Krakowa i tam, dzięki artykułowi w gazecie została opisana jako młoda i obiecująca artystka, co dało jej wejście do świata krakowskiej inteligencji i bohemy. Wtedy dopiero rozpostarła skrzydła.
Swoim urokiem osobistym, nietuzinkową urodą i niebanalnym talentem błyskawicznie podbijała serca publiczności, a przede wszystkim jej męskiej strony. Jej cichy i pospieszny ślub z architektem Karolem Stryjeńskim stał się zarazem największą tragedią jej życia, tak niedopasowanego małżeństwa ze świecą można szukać. Zocha kochała całą sobą, poświęcała się całkowicie, osaczając ukochanego nieustającą zazdrością, do której często miała podstawy. To właśnie ten związek na zawsze naznaczył jej los, zdarzyło się nawet, że Karol siłowo zamknął Zochę w szpitalu psychiatrycznym, usiłując wmówić jej szaleństwo.
Jednak czy nie każdy artysta jest co nieco szalony? Zocha na pewno nie należała do wyjątkowo stabilnych osób, jej niezwykła uczuciowość, pragnienie życia, maniakalne napady tworzenia, kiedy spod jej palców wychodziły niezwykłe dzieła słowiańskich bożków, którym poświęciła znaczną większość swojej twórczości – to wszystko dla mocno konserwatywnych mieszkańców Krakowa mogło być nie do przyjęcia. Kobieta jednak niewiele sobie z tego robiła, mając oparcie w kochającej rodzinie i dbających o nią przyjaciołach.
Zocha bardzo chciała być sobą, nie do końca wiedząc, co to tak naprawdę oznacza. Goniła za uczuciem, bała się samotności, a jednocześnie zupełnie nie potrafiła odnaleźć się w roli matki, mimo urodzenia córki i dwóch synów bliźniaków. Macierzyństwo nie sprawiło, że podporządkowała mu całe życie, nie stało się jej bezpieczną przystanią, w której mogłaby się schronić. Było tylko kolejnym portem, do którego zawinęła i już dalej gnała przed siebie, przestraszona i przytłoczona odpowiedzialnością, będącą przecież przeciwieństwem wolności, której całe życie pragnęła. Gdyby to była szkolna rozprawka, nie uciekłabym od określenia, że Zocha była postacią tragiczną, że dostawała to, na co zasłużyła. Daleka jednak jestem od jej oceny, w pełni bowiem rozumiem, te wszystkie kotłujące się w niej uczucia, skutecznie utrudniające normalne funkcjonowanie – czyli takie, mieszczące się w granicach tego, co ludzie uważają za normalne.
„Inna. Opowieść o Zofii Stryjeńskiej” można traktować dwojako, ale po każdym względem jest to opowieść na wybitnym wręcz poziomie. Jako biografia w brawurowym stylu opisuje jedną z niezwykłych polskich artystek z połowy zeszłego wieku, ale jako powieść – to już zupełnie inny wymiar. Autorce udało się w doskonałym stylu odmalować niepokój, który powodował Zofią, cały wachlarz jej uczuć, tak niezwykle skrajnych, jej wykluczające się pragnienia, za którymi goniła całe życie. To jedna z tych książek, które przeżywa się całą sobą w trakcie lektury, przyspieszająca bicie serca i zmuszająca do refleksji nad własnym życiem – czy takie nieprzerwane gonienie króliczka ma sens? „Dokąd tak biegnie, czy nie jest zmęczona…” zapytuje w jednym ze swych wierszy Szymborska i takie też pytanie można zadać Zofii, aczkolwiek nie wiem, czy udzieliłaby na nie jakiejkolwiek odpowiedzi, biegnąc dalej przed siebie, by tylko uciec swoim demonom.
Genialna książka 11/10 – polecam z całego serduszka!
/*współpraca barterowa z wydawnictwem Muza/ dziękuję za egzemplarz do recenzji.



