Lifestyle

Blogmas: dzień 6. – Mikołajki: Nie kupuj, adoptuj! :)

          Mikołajki dzisiaj! Dzień pełen prezentów i sympatycznych brzuchatych dżentelmenów ubranych na czerwono. Pamiętam z dzieciństwa te wszystkie emocje, gdy budziłyśmy się rano bez żadnych protestów (to zdecydowanie taka jedyna sytuacja w ciągu całego roku ;p) i szybciutko się rozglądałyśmy czy był Mikołaj i czy zostawił gdzieś jakieś prezenty. I przyznam szczerze, że rodzice mieli fantazję w wymyślaniu miejsc, gdzie by je tu schować, także było wesoło. Teraz wiadomo, że nie ma już takiej magii, ale prezenty zawsze fajnie jest dostawać, nie będę tego ukrywała. A że często wśród prezentów znajdują się zwierzątka, postanowiłam dzisiejszą notkę poświęcić właśnie im. Nie zawsze jest to dobry prezent dla dziecka (czy też dorosłego ;p), ale jeśli już się na taki zdecydujemy to nie kupujmy, tylko adoptujmy zwierzęta. I opowieść mikołajkowa właśnie będzie o pewnej adopcji i o tym co z niej wyszło. I o tym też, że warto pomagać! 🙂

       Odkąd sto lat temu dostałam właśnie na Mikołaja pierwszą świnkę morską, te właśnie zwierzątka ukochałam sobie szczególnie mocno. Stąd też nic dziwnego, że gdy nieco podrosłam i przeniosłam się do Krakowa marzyłam, żeby i w moim domku była świnka. Trochę to trwało, ale wreszcie ponad dwa lata temu w październiku udało mi się namówić Tomasza na świntucha. Jednego. Pojechaliśmy do różnych sklepów zoologicznych, żeby znaleźć tą jedną jedyną. Tak właśnie pod naszym dachem znalazła się Kluska. Co prawda, była malutka, chudziutka i szalenie strachliwa, ale wiedzieliśmy, że ma potencjał na bycie Kluską. 😉

pierwsze chwile w nowym domku. 🙂
największa życiowa miłość Kluski – ogórek. 🙂
     
       Szybko jednak doszliśmy do wniosku, że Kluska sama będzie się nudzić (no dobra, JA doszłam do takiego wniosku, Tomasz jedynie kiwał głową ;p) i tutaj narodził się pomysł adopcji. Już wcześniej bardzo interesowałam się tematem świnek i robiącym absolutnie fantastyczną robotę Stowarzyszeniem Pomocy Świnkom Morskim. Chwilami aż coś mnie brało, gdy czytałam historie, które przeżywali ludzie znajdujący świnki morskie wyrzucone na śmietnik w zimową noc (co nawiasem zdarzyło się znów kilka dni temu w Radomiu) i w różnych podobnych okolicznościach. Nie będę mówiła głośno co powinno się robić ludziom wyrzucającym jakiekolwiek zwierzęta, ale są to zdecydowanie bardzo nieładne rzeczy. Na stronie Stowarzyszenia znajduje się mnóstwo ogłoszeń o tzw. tymczasach, czyli świnkach, które można adoptować. Przez kilka tygodni studiowałam tą zakładkę bardzo wnikliwie, żeby znaleźć kogoś pasującego do Kluski. Musiała to być dziewczynka (albo też wykastrowany chłopiec, bo świnek nie wolno rozmnażać) i stwierdziłam, że fajnie byłoby gdyby była podobna kolorystycznie. 😉 Była jedna taka idealna – Natka miała na imię i znajdowała się w domu tymczasowym w Mińsku Mazowieckim. Napisałam do jej opiekunki, powymieniałyśmy trochę wiadomości, umówiłam się też z wolontariuszką z Krakowa, której zadaniem było sprawdzenie w jakich warunkach będzie świnka mieszkała i ogólnie czy mamy w ogóle o nich pojęcie. Dziewczyna była szalenie sympatyczna i równie mocno zafiksowana pozytywnie na punkcie świnek, więc spotkanie było właściwie formalnością. Dostaliśmy zgodę i ruszyliśmy przed Wigilią do Mińska Mazowieckiego po Natkę. Nie chcieliśmy jeszcze nikomu mówić, co planujemy, więc nasza droga wyglądała wesoło – wyjechaliśmy z Krakowa z Kluską, żeby zostawić ją u moich rodziców w Częstochowie, po czym śmignęliśmy do Mińska, dostaliśmy Natkę, wróciliśmy do Częstochowy, gdzie Tomasz nas zostawił i wrócił do Krakowa. Szalony to był dzień, ale też bardzo szczęśliwy. Podpisaliśmy papiery adopcyjne, dostaliśmy milion dobrych rad i teraz przed nami była najtrudniejsza część – łączenie świnek! 😉

takie lokum przygotowaliśmy naszym świntuchom w Krakowie. 😉

         Łączenie nie jest wcale takie proste, z czego nie zdawałam sobie sprawy. Myślałam, że przebiegnie to trochę łatwiej, a tutaj się działo. Najpierw wykąpaliśmy je obie, żeby zneutralizować zapachy, daliśmy obwąchać się wzajemnie i wsadziliśmy do klatki. I się zaczęło. Wrzaski, piski, kręcenie tyłeczkami, lekkie gryzienie, czego tam nie było. Jeszcze Kluska była prawie dwa razy mniejsza i nie bardzo sobie radziła, także Natka (przerobiona szybko na Nataszkę) podporządkowywała ją sobie dość łatwo. Ale pierwsze trzy dni były koszmarne i nawet się zastanawiałam czy nie trzeba będzie Nataszki odwieźć z powrotem. Na szczęście później się uspokoiły i starały się raczej nie wchodzić sobie w drogę. 😉 W Krakowie poszło z łączniem trochę łatwiej, bo obie były w nowej klatce, która też swoimi rozmiarami pozwala im obu na spokojne życie. ;p Każda ma swój domek i swój kocyk, chociaż korzystanie z nich wygląda tak, że kto pierwszy ten lepszy. 😉 Wypuszczamy je też na spacery, żeby sobie połaziły po mieszkaniu, chociaż początkowo za tym nie przepadały, ale ostatnio coś im się pozmieniało i chętnie tuptają. 😉

Nataszka w kąpieli.
Kluska w kąpieli.
pierwsze spotkanie.

         Za kilkanaście dni miną dwa lata odkąd dziewczynki są razem i mogę powiedzieć, że dogadały się. Miłości jakiejś wielkiej na pierwszy rzut oka nie ma, ale gdy tylko się wystraszą, to od razu lecą do siebie, bo wiadomo, że w kupie raźniej. 😉 Uważam, że decyzja o adopcji drugiej świnki była świetnym pomysłem, bo Kluska nie czuje się samotna, a i Nataszka, gdy tylko przestała się nas bać, stała się niezwykle sympatyczną świnką. Czasem zdarza się jej ugryźć, ale jedynie gdy się wystraszy albo kogoś nie zna. 😉 Wiem, że nie zamieniłabym jej na żadną inną. 🙂 Zwłaszcza że ostatnio dostała jakiejś infekcji i było trochę strachu, wizyty u weterynarza, podawanie leków strzykawką do pyszczka siedem razy dziennie (przy czym tylko jedna jej na tyle smakowała, że łaskawie pozwalała sobie podać, przy reszcie była prawdziwa walka dwóch ludzi kontra jedna świnka, która często wygrywała pojedynki ;p), a ostatnio rozdrapała sobie strupka po zastrzyku i trzeba było z nią siedzieć pół nocy i pilnować, żeby sobie nie drapała plecków, bo ją to strasznie bolało. Prawie jak z dzieckiem. 😉 A do tego tak się dziewczyny wycwaniły, że jak tylko ktoś podchodzi w kierunku lodówki (już nawet nie trzeba jej otwierać), to rozlega się przeciągły donośny kwik oznajmujący, że trzeba coś dobrego śwince dać. Najlepiej ogórka, bo nic innego nie wchodzi tak dobrze jak on. Naprawdę, dwie świnki to podwójna radość i mogłabym opowiadać o nich bez końca. 😉

nakarm człowiek! 

        Na zakończenie słów kilka o Stowarzyszeniu, które od czasu do czasu organizuje różne akcje pomocowe, bowiem świnek przybywa, a niestety zdecydowana większość, która trafia pod ich opiekę, potrzebuje pomocy weterynaryjnej. A wiadomo, że ona kosztuje i to chwilami niemało. Dlatego też polecam Wam szczerze różne ich aukcje, zakup kalendarza (teraz na nowy rok taki kalendarz z cudnymi świniakami to fajny prezent) czy też wirtualną adopcję. Wtedy możemy pomóc konkretnej śwince, której niestety z różnych względów sami nie możemy wziąć do domku. A najfajniej jest oczywiście zaadoptować taką świnkę czy też świnki, bo one potrafią się odwdzięczyć (może nie tak jak psy, ale też). Generalnie, warto zawsze zrobić coś dobrego dla zwierzątek (nie muszą to być koniecznie świnki, działa mnóstwo podobnych stowarzyszeń czy schronisk), bo mogą liczyć tylko na nas. A dobro powraca, pamiętajcie o tym! 🙂

tutaj właśnie Nataszka pozująca z zakupami dla Stowarzyszenia. 🙂 
~~Madusia & Kluska & Nataszka & Tomasz, który dzielnie znosi te wszystkie trzy baby. 😉 

21 komentarzy

  • Kinga Kwiecień

    Oj miałam już w życiu trochę świntuchów i chomików;DBardzo pocieszne stworzonka, ale teraz marzy mi się kot, jeden albo więcej, najlepiej całe stado!Łączenie zwierzątek to faktycznie nie lada wyczyn, przeróżnie reagują. A co do ogórka jako przysmak-mój kot, jedyny jakiego kiedykolwiek miałam, też jadł ogórka. W sumie to nawet od ogórka wolał ogórkowe obierki, ale czego on nie jadł!

  • Kinga On Tour

    Urocze te Wasze świntuchy (w ogóle uwielbiam tę nazwę i nawet mamie mówiłam, że tak mówicie na świnki morskie 😀 ). Dobrze, że Kluska i Nataszka jakoś się zaakceptowały i teraz wspólnie podnoszą hałas, gdy słyszą zbliżanie się do lodówki. Wspólna walka o jedzenie umacnia 😛 Adopcja to świetny pomysł, przecież tyle różnych zwierzaków czeka na nowy dom. Ja mam kota i w sumie otrzymałam go od pewnej rodziny, która wydawała małe kotki, bo byłoby ich po prostu za dużo. Pomimo tego, że rudy kot jest naprawdę wrednym kotem to wszyscy domownicy nie wyobrażają sobie bez niego życia. Od tygodnia (odkąd byli robotnicy w mieszkaniu) budzi nas codziennie po 4 rano i chodzi, wącha wszystko, i miauczy przez jakąś godzinę. Nic do niego nie przemawia ^^. Jako, że jest to kot typowo domowy, to na zewnątrz nie wychodzi (okej, były próby wyprowadzania go na specjalnej smyczy). No i musi znosić podróże z Polski do Niemiec, więc podziw dla niego, że w miarę okej zachowuje się w transporterze. Zawsze dokarmiałam koty z okolicy, więc warto pomagać 🙂

  • Andrzej

    jestem u Ciebie pierwszy raz i zostaję na dłużej! Uwielbiam ludzi, którzy pomagają zwierzakom i nie są obojętni na ich krzywdę! Nigdy świnki nie miałem, ale Twoje są śliczne:)

  • Jointy&Croissanty

    Kochane i śliczne są!<3 Też uważam, że należy adoptować, a nie kupować zwierzaki.Ja jestem tak zafiksowana na punkcie psów, nasza Mishka zanim do nas trafiła, miała być oddana do schroniska jako szczeniak (miała bardzo złego poprzedniego właściciela, który bił ją za wszystko praktycznie), teraz z nami jest najszczęśliwszym psiakiem na świecie (przynajmniej takie sprawia wrażenie), a my również nie zamienilibyśmy jej na żadnego innego psa:)

  • Unknown

    MEGA słodkie :-)Ja również jestem za adopcją i czasami lepiej nic nie mówię słysząc, ile pieniędzy ludzie wydają na \”nowe\” zwierzęta.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *